Wednesday, May 27, 2015

Trofeum księcia Heylin cz. 1




Fetor częściowo spalonych bądź okaleczonych, rzuconych niczym marionetki ciał dokuczał tak niemiłosiernie, że nawet obeznany z zapachem i widokiem masakry heyliński książę musiał zatkać nos przed unoszącym się złowieszczo nad murami gryzącym dymem oraz towarzyszącym mu zapachem śmierci. Jeden z członków kociej świty, upojony niezaprzeczalnym zwycięstwem po kilkudniowej zaledwie bitwie, wdrapał się na kupkę głazów stanowiących jeszcze parę godzin temu cześć wysokiego muru broniącego świątyni, rycząc z pasją, obwieszczając okolicznym dolinom, górom, wioskom triumf Chase Younga nad znienawidzonymi wrogami – mnichami z Xiaolin. Kto by przypuszczał, że połączone siły Wuyi, Jacka Spicera, Pandabubby pod hegemonią bezwzględnego księcia pozwolą wreszcie zrównać z ziemią legendarną kolebkę kung-fu, macierz setek pokoleń szlachetnych smoków, do których ten sam książę niegdyś należał i walczył w ich szeregach po stronie dobra. Długo już wyczekiwał chwili, gdy przekroczy próg starego domu, jawiąc się jako kat wymierzający „sprawiedliwość”, udowadniając tym samym swą wyższość, potęgę – po prostu umacniając pozycję. Pierwszy – a znajdujący się na początku krwawej ścieżki prowadzącej do dominacji nad światem – obóz upadł, z kolei jego opiekun, Fung, leży w cieniu połamanych drzew, podziurawiony od pocisków morderczych maszyn finansowanych przez sojusznika z Hong Kongu. Za następny cel przywódca najeźdźców obrał twierdzę ukrytą w Górach Zachodnich, gdzie znajomy z dawnych lat, Guan, zapewne gotował się do obrony, gromadząc między innymi zapasy na mające rychło nadejść oblężenie. Nie zdążył wysłać swoich wojsk do obrony Xiaolin, bowiem rozpaczliwe próby wysłania wiadomości za klasztorny mur kończyły się porażką; agresorzy sprawnie je przechwytywali.
Stojąc tak w rozłupanej dawnej bramie świątyni, czuł wzbierającą w nim żądzę mordu przeplatającą się ze smakiem kolejnego sukcesu, zaś widok gruzów i pożogi utwierdzały w nim to przekonanie, dodając skrzydeł, zachęcając do natychmiastowego wyruszenia w drogę. Obserwował z rosnącym podnieceniem własnych – składających się na zdecydowaną większość podległej mu armii – wojowników, krzątających się po obszarze spalonego, zhańbionego klasztoru. Dobijali jeszcze dychających mnichów, których ostała się zaledwie garstka. Nie krzyczeli oni ani nie błagali o litość; ginęli, patrząc śmierci prosto w oczy, na ich pomarszczonych twarzach malował się czysty spokój. Jak żyli, tak umierali – z godnością. Young, dla którego honor stanowił jedyną w ciągu tysiąc pięćset letniej egzystencji świętość, chylił czoła, albowiem potrafił docenić heroiczną, pełną determinacji walkę z wrogami, jacy do ostatniej chwili się nie poddali, gorąco wierząc, iż unikną najgorszego. Jakkolwiek darzył ich szacunkiem i rozkazał zabijać szybko, wyświadczając im tym samym przysługę, tak wprost proporcjonalnie gardził własnymi sprzymierzeńcami. Zadecydował, że gdy tylko odetnie głowę Guana od reszty ciała, koci wojownicy obrócą się przeciwko nędznym poplecznikom, usuwając te liche wprawdzie przeszkody na drodze ich władcy do zdobycia świata oraz narzucenia mu własnych zasad. Wraz z upadkiem ostatniego bastionu mięso armatnie na nic się nie przyda. Do tego jednak czasu zmusi się do tolerowania obecności hołoty, dając jej członkom przyzwolenie na grabienie skarbów skrytych w murach klasztoru. Sheng Gong Wu, magiczne artefakty, naturalnie budziły największe emocje wśród rozochoconych zwyrodnialców.
– Mają godzinę, potem ruszamy – oznajmił dość sztywno jednemu ze swych generałów, wywodzącemu się z czarnego lądu Kuasinowi, jaki przybrał postać smukłego mężczyzny o groźnym spojrzeniu, a następnie skierował się w stronę własnych trofeów: smoka wiatru i wody, pozostawionych jeszcze przy życiu, by mogli podziwiać sromotną klęskę, upadek wieloletnich wysiłków. Niby od niechcenia postawił stopę na zwłokach smoka ziemi, wgniatając je bardziej w ziemię. Wycierając sobie o nie buty, bezcześcił ciało jasnowłosego chłopca, wbijającego szeroko otwarte, puste oczy w zasnute czerniejącymi chmurami niebo; od wschodu rozciągała się różowa wstęga zwiastująca nadejście nowego dnia. Dalej już tylko szedł, uśmiechając się okrutnie do pojmanych młodzieńców, spętanych sznurami heylińkiej magii i pilnowanych przez czterech rosłych lwów. Mimo beznadziejnego położenia zdawali się nie tracić hartu ducha albo chociaż udawać, iż obraz wszechogarniającego spustoszenia nie sprawia im bólu. Jednak nie do zignorowania był widok przyjaciela ranionego śmiertelnie przez sługusów Younga jak również bandy rzezimieszków kładących łapy na Wu.
Chase nie krył swych zamiarów, pragnął bowiem zabawić się kosztem schwytanych, nim zada im ostateczny cios.
– Gdzie wasza siła? – zaczął, splatając ramiona na piersi.
– Wal się! – ryknął Raimundo i splunął na ziemię obok stóp księcia.
Kąciki ust wojownika uniosły się lekko ku górze. Wydał telepatyczny rozkaz jednemu z lwów, a ten natychmiast runął cielskiem na klęczącego chłopaka, przyciskając go bardziej do przesiąkniętej krwią ziemi. Brazylijczyk zawył głucho, ponieważ pazury dzikiego kota kaleczyły mu skórę na plecach. Young nie poprzestał na tej torturze, chwytając w garść ciemne włosy chłopca i ciągnąc jego głowę bezlitośnie do siebie. Rozkoszował się nieumiejętnie tłumionymi jękami.
– Zginiesz na końcu, kiedy na twoich oczach doszczętnie zetrę wasz klasztor z powierzchni ziemi.
Przeniósł wzrok na Omiego. Rysy młodego mnicha pozostały niewzruszone, mimo bijącego z jego oczu dziwnego blasku. Zupełnie jakby medytował i lekceważył rzeź wokół. Przeżywał wewnętrznie porażkę, gdyż czuł się najbardziej winny. Nie raz ofiarowywał księciu swą przyjaźń, ten zaś gardził nią za każdym razem. Jednakże dziś złamał ducha chłopca.
Chase prychnął.
– Nic nie powiesz, co? Ty, do którego zawsze należało ostatnie słowo? – Wstał, ciesząc uszy milczeniem i zerknął za kocią drużynę, starając się ogarnąć ogrom zniszczenia: domki, mury, ogrody, ścieżki, posągi i filary – połamane, potłuczone, rozbite w drobny mak.
Oblizał wargi z rozsadzającej go radości. Tym razem nadszedł definitywny koniec Xiaolin i to on się do niego w największej mierze przyczynił. Mrużył oczy, chcąc wyłowić zarys jeszcze dwóch postaci, a mianowicie Doja jak również czwartego wybrańca, lecz na próżno. Kolejnym ruchem dłoni wydał polecenie, by część kotków przeszukała pogorzelisko. Nagle coś sobie uświadomił, co sprawiło, że jego serce zabiło mocniej z zalewającego mężczyznę ożywienia.
Ponownie zerknął na więźniów.
– A gdy znajdę Doja, osobiście rozgryzę mu kark. Będzie z niego świetna zupa na oblanie tego triumfu.
Jęk Raimunda prędko wyewoluował w wiązankę przekleństw. Young patrzył na niego przez chwilę z politowaniem, aby wreszcie się schylić i znów zacząć targać go za włosy.
– Co się tyczy waszej koleżanki, przysięgam, że wyrucham ją przez każdy otwór jej ciała. – I rzucił wybrańcem o ziemię, odwrócił się na pięcie, śmiejąc się w duchu z dochodzących zza pleców wrzasków, zapowiadające zemstę bez pokrycia.
Raimundo i Omi cudownie przeżyli, jako że ich młode, pełne wigoru ciała pomogły przetrwać salwę pocisków, wyburzenie murów, wreszcie natarcie żołnierzy. Clay nie miał tyle szczęścia. Jego truchło znaczyły głębokie rany zadane w szale przez najzacieklejszego spośród wojowników – tego, który parę chwil wcześniej pokusił się o wybudzenie ze snu całej okolicy, ogłaszając zwycięstwo.
„Szkoda, że zginął tak nagle...”, pomyślał Chase z niejaką melancholią. Pragnął, by czwórka znienawidzonych smoków cierpiała największe katusze przez wzgląd jedynie na to, iż w przeszłości z fanatyczną wręcz manią krzyżowali mu plany, wchodząc w paradę. Ukarze ich, każdego po kolei zabijając. Wprawdzie jeden mnich poległ, to nic, odbije sobie na dwójce pozostałych, a kto wie – może i trzeci uszedł cało, znalazł schronienie w tej sypiącej się ruinie. Jeśli serce młodej Japonki faktycznie bije, Chase Young ją wytropi, a następnie wyrwie je z jej klatki piersiowej, miażdżąc na oczach dogrywającej właścicielki. 
– Patrz, Chase! – Maraton sadystycznych myśli rozgrywający się w mózgu księcia ni stąd, ni zowąd przerwała Wuya, torując sobie drogę przez kupki skał. Trzymała w ręku metalowe, płaskie urządzenie, ewidentnie popsute, na co wskazywałoby biegnące krzywo po czarnym ekraniku pęknięcie.
Wymachując telefonem zielonooka czarownica zarechotała, nie kryjąc podniecenia.
– Robak mówi, że jeszcze działa i da się odczytać wiadomości – tłumaczyła szybko, nie tracąc czasu na głębsze nabranie powietrza w płuca, zupełnie jakby liczyła, iż odkryciem zaimponuje księciu. – Należał do smarkuli! Jeżeli dobra córeczka kontaktowała się z ojcem, pewnie są tu sekrety ich firmy albo chociaż coś, dzięki czemu łatwiej będzie przejąć ich majątek..! – Wiedźma wydzierała się niemalże do ucha, czego książę nie mógł znieść z racji, że wolał działać w ciszy, pozbawiony towarzystwa łatwo wpadających w ekscytację ludzi. W dodatku nie cierpiał jędzy i szczerze to jej miał zamiar jako pierwszej wydłubać oczy, gdy tylko przeprowadzą skuteczny atak na Guana.
– Nie zawracaj mi dupy pierdołami – skwitował prędko, demonstrując po raz wtóry od czasu zawiązania się między nimi sojuszu niechęć wobec Wuyi. Nie zatrzymał się choćby na moment.
Zlekceważył też rozgardiasz wokół. Tak już miał, że potrafił zamknąć się w swoim świecie, oddając bez reszty temu, co oprócz karkołomnych ćwiczeń lubił najbardziej – analizowaniu. Oceniał realne szanse na przetrwanie Doja i Kimiko oraz to, co może z nimi zrobić. Z tego pierwszego rzecz jasna uwarzyłby eliksir gwarantujący moc, zaś co się tyczy mniszki, cóż, tu już uśmiechał się lubieżnie, mrużąc oczy. Młoda kobieta stanowiłaby ukoronowanie zwycięstwa, a także złożyłaby się na ostatni element pogrążający klasztor Xiaolin, nie tyle w tym najprymitywniejszym aspekcie, co czysto symbolicznym. Posiadłby i zniewolił cząstkę znienawidzonego kręgu szlachetnych wojowników światła. Mógłby na przykład wykorzystać smoka ognia jako „maskotkę”; pokazać Guanowi, przyczyniając się do załamania jego morale. Niewątpliwie zadałby mu cierpienie.
Kontemplując najróżniejsze scenariusze zranienia przeciwnika, spostrzegł, iż oddalił się znacznie od swoich na tereny, które całkiem nieźle przetrwały uderzenie. Miał teraz przed sobą nieprzesłonięte drzwiami wejście, jakie całe wieki zapraszało nowo przybyłych mnichów do zapoznania się z częścią sypialnianą. Pozbawione zdobień filary podtrzymujące niski sufit, podobnie jak wapienne elewacje, pomimo że przetrwały, prezentowały sobą obraz nędzy i rozpaczy. Ciemne, ponure, jakby pogrążone w żałobie, a nawet strachu – za niecałą godzinę wszystkie spłoną doszczętnie, by nikt na świecie nie pamiętał, że istniało niegdyś miejsce szkolące w swych murach smoków żywiołów. Chase rozglądał się krytycznie, wręcz z odrazą po prowizorycznych pokojach młodych wybrańców, rozpoznając, który należał do kogo. Kiedy oparł się o ścianę oddzielającą „sypialnie” Raimunda i Claya, by lepiej przyjrzeć się wyciosanym z drewna stadom krów, dobiegła go seria cichych westchnień. Natychmiast nabrał czujności, przeczesując jarzącymi się złotem w mroku oczami kontury mebli i skrzyń. Niedługo zajęło mu zlokalizowanie źródła jęków, łączących się ze słabym szlochem – dobiegał zza drugiej ściany, oddzielającej pokoik smoka ziemi od, jak zdążył się zorientować, pokoiku smoka ognia. Po chwili wyczuł ciepło ciała człowieka i aż zacisnął zęby z przenikającej go na wskroś ekscytacji.
„Ciekawe, czy spotka mnie niespodzianka?”, zapytał się w myślach, celując nogą w punkt pośrodku ścianki i z niesamowitą siłą uderzając ją.
Mizerne, cienkie przepierzenie uległo od razu niczym kawałek tektury, a w powietrze uniósł się pył. Nim zdążył opaść, wojownik dostrzegł po czerwonej szacie postać ubranej w nią Japonki. Potrafił szybko i niemal bezbłędnie oszacować, czy zagraża mu coś ze strony mniszki – jakby było to konieczne, wszak nieśmiertelni nie przywiązują większej wagi do tego, czy odniosą rany, czy też nie; acz cechujący się ostrożnością książę po prostu traktował jak rutynę konieczność oceny szans – więc naparł na nią, przygniatając i tak leżącą dziewczynę do podłogi.
Niespodziewanie zawyła głośniej, niż można było się spodziewać, co mocno zdziwiło mężczyznę, ponieważ de facto nie powinien sprawić jej tym natarciem większego bólu.
– No co ty? Przecież nic ci jeszcze nie zrobiłem – zaśmiał się podle, przybliżając twarz do jej twarzy.
– Proszę, proszę, zostaw – piszczała dziwnie słabym, potulnym głosem.
Książę zmarszczył brwi. Niepodobne do smoka ognia błagać o litość bez walki. Usiał na niej rozłożyście, dziwiąc się z jaka łatwością przychodzi mu ją unieszkodliwiać. Równie silnie napawało go zdumieniem bijące od dziewczyny niesamowite ciepło, jak również wyczuwalna wiotkość jej mięśni. Dopiero po przyjrzeniu się blademu obliczu oraz łzawiącym oczom, wszystko złożyło się na w miarę logiczną całość.
– Wybrałaś sobie porę na chorowanie, smoku – powiedział wesoło.
Zadowoleniem napawała go świadomość, że Japonka zbiegiem okoliczności przetrwała i w dodatku nie wygląda jak siódme nieszczęście w porównaniu do swych umierających kolegów; ładna, zadbana dziewczyna „ucieszy” serce Guana bardziej, kiedy to pokaże ją jako trofeum.
– Wiesz, co się stało? – spytał, nie będąc do końca pewnym, czy śpiąc tu sobie w malignie nie wiadomo jak długo wojowniczka ogarnęła sytuację. Musiała słyszeć huki towarzyszące wyburzaniu klasztoru.
Przytaknęła.
Chase cały czas miał się na baczności, szczególnie mocno zaciskając dłonie wokół jej nadgarstków. Doprawdy nie miał ochoty odpierać ataki ognistych kul w swoją stronę. Wolał już ruszać w drogę po kolejne zwycięstwo.
– Potworze... – zaczęła gasnącym głosem – zabiłeś ich wszystkich...
– Bez komplementów, bo pomyślę, że chcesz się podlizać! – odparł radośnie, wstając wreszcie na równe nogi i ciągnąc dziewczynę za sobą. – A teraz bądź grzecznym smokiem, to pożyjesz najdłużej z nich wszystkich. – Wykręcił ręce Japonki do tyłu, a po chwili stwierdził, iż w tym stanie, męczona gorączką oraz dreszczami, mu nie zagraża, więc aby mieć łatwiej, przerzucił ją sobie przez ramię, kładąc jedną rękę na zgięciu kolan dziewczyny, a drugą na pośladkach. – Był z tobą Dojo?
Odpowiedziało mu stękanie.
„Cholera”, mimo że pokorna, wolał, by była w stu procentach świadoma masakry wokół, jak również swojego położenia. Co to za przyjemność zadawać wrogowi ból fizyczny i psychiczny, gdy ten jest ledwo przytomny? Skierował swe kroki z powrotem do swych ludzi, zastanawiając się, czy Raimundo napyskował na tyle, że pilnujący wojownicy rozerwali go na strzępy.
Szedł tak ze smokiem ognia na ramieniu, a światło nadchodzącego świtu obnażało grozę dewastacji wokół. Kałuże krwi, blednące trupy, szkoło, odłamki i śmiecie – oto do czego przyczynił się książę ciemności owładnięty pychą oraz chęcią odwetu. A był to dopiero początek. Im dłużej szli przez zgliszcza, tym dotychczas milcząca kobieta bardziej dawała o sobie znać, płacząc i jęcząc. Chase'a aż rozsadzało z dzikiej radości, chęci zadania wojowniczce większego cierpienia, więc by ją całkowicie wyprowadzić z równowagi, przejechał palcem po linii między jej pośladkami, sugerując preludium czekającej ją roli.
Ku zaskoczeniu mężczyzny, zamiast zacząć się trząść, czy błagać o litość, znieruchomiała. Żałował, iż nie widzi jej twarzy. Nie zatrzymał się jednak, stwierdzając, że to po prostu zwykła reakcja Japonki na dość jasny przekaz.
– Chcesz mnie zgwałcić? – spytała niespodziewanie.
– Nie, kurde, zaszlachtuję cię wzrokiem.
Zaskoczyła go ponownie, tym razem przez swą bezpośredniość. Przyśpieszył, gdy spostrzegł roboty Jacka skanujące niebieskim światłem teren pod ziemią.
„Te błazny nawet durnych Wu nie potrafią znaleźć.”
Zbliżające się do niego lwy ukłoniły się nisko, obserwując z uwagą to, co ich pan bez skrupułów rzucił na ziemię. Dziewczyna chwyciła się za bark, jaki przy upadku ucierpiał najbardziej. Chase pochylił się nad nią, manifestując swoją siłę i przewagę nad jeńcem. Odgarnął kilka czarnych włosów z czoła dziewczyny, jakiej twarz, niczym maska, nie zdradzała emocji, co wydawało się wręcz nienaturalne.
„Choroba mąci jej umysł.”
– Nie gwałcę kobiet – wyszeptał, ale obrzucające śmiałymi spojrzeniami jaszczurze oczy zdawały się przeczyć jego słowom. – Wiesz czemu?
Kimiko nie miała odwagi wytrzymać wzroku mężczyzny, więc patrzyła gdzieś w dal na roboty odgarniające z polecenia Spicera kupki kamieni i cegieł.
– Same do mnie lgną... – dokończył podejrzanie czułym tonem.
Japonka zacisnęła pięści, starając się uspokoić. Wiedziała, mimo targającej nią od dwóch dni choroby, że właśnie ważą się jej losy. W trymiga zrozumiała, iż znajduje się na łasce śmiertelnego wroga i jeżeli chce przeżyć, spróbować uciec, będzie musiała wiele poświęcić oraz przecierpieć. Nie mogła zagłuszyć ani oddalić od siebie powracającego bez przerwy uczucia, że wkrótce zginie, a jest to tylko kwestia czasu. Doskonale zdawała sobie sprawę, że teraz powinna przemóc się, by przeżyć. Nawet za cenę honoru. Życie było dla niej ważniejsze i nie chciała się z nim żegnać. Miała dopiero osiemnaście lat.
– Wiec ja też... chcę... – nie dokończyła, gdyż speszyły ją rozszerzające się źrenice mężczyzny, w momencie gdy niefortunnie na niego zerknęła. Ciepło zalało policzki smoka ognia. Wojownik, widząc to, dmuchnął strumieniem zimnego powietrza w jej twarz.
– Uważaj, bo jeszcze spalisz resztę tej ruiny. – Oczywiście wyśmienity humor nie opuszczał zwycięzcy.
Ze wstydu zakryła oczy dłońmi, wydając przy tym śmieszny jęk. Podświadomość podpowiadała, by go pocałować, przytulić albo nakierować jego rękę na któreś ze swych intymnych miejsc, pieczętując tym zabiegiem swą deklarację oddania, ale nie mogła. Obecność przysłuchujących się kotów, ewidentnie się z niej naigrawających, skutecznie studziła śmiałe plany. Poza tym Kimiko bądź, co bądź brzydziła się mordercy przed sobą, cóż z tego, że był niewiarygodnie przystojny?
Nie zaprzątnął sobie głowy o dawanie jakiejkolwiek odpowiedzi, woląc, aby dziewczyna żyła przez pewien czas w niepewności. Odszedł od niej, nakazując dzikim bestiom pilnować jej jak oka w głowie, a sam postanowił wrócić do kocich generałów, czyli najbardziej doświadczonych wojownikach, jakich w ciągu stuleci zwerbował. Intrygowało go usłyszane przed chwilą oświadczenie do tego stopnia, że niemal zgłupiał. Czyżby dziewczyna była aż tak chora? W nawet najbzdurniejszych wyobrażeniach nie przyszło mu do głowy, że mnich Xiaolin będzie gotów mu się oddać, po to by przeżyć. Poniekąd rozumiał strach Kimiko przed wykorzystaniem i śmiercią poprzedzoną torturami, nawet spodobała mu się odwaga Japonki, niemniej dla niego samego honor stanowił świętość, więc dlaczego dziewczyna tak łatwo chce się go pozbyć? By żyć? Albo raczej żyć jako niewolnica?
„Chrzanić takie życie.”, mówił do siebie, aczkolwiek sama myśl, iż wróg sam mu się poddał, była równie ekscytująca, co podejrzana. Jeżeli wcześniej mnisi ukartowali plan, by w razie przegranej wpuścić mu do łóżka „pluskwę”, która ich pomści?
 – No, Fung, ależ podstępny był z ciebie zwierzak – rzucił komplement do trupa pod krzewami.
Pomysł o podstępie, choć stosunkowo logiczny, nie tłumaczył jednego. Choroby. Zresztą dziewczyna sprawiała wrażenie osoby nie tyle ogarniętej chęcią pomsty, co właśnie pragnącej ujść cało nieważne jakim sposobem. A i nie można zapomnieć, że jest nieśmiertelny, a co za tym idzie, Kimiko nie zabije go w czasie snu.
„Chyba że liczy na ucieczkę.” , zapobiegawczy książę brał pod uwagę wszystkie opcje.
Tak czy inaczej, chociaż ułatwiła mu zadanie, bo faktycznie nie miał ochoty brać jej siłą, gdyż liczył, że prędzej ulegnie jego czarowi, mniemał, że swoją buntowniczą postawą roznieci ogień w sercu Guana, który będzie chciał ją wyswobodzić i powziąć odwet za rzeź Xiaolinu.
– Możemy ruszać. – Refleksje przerwał mu Kuasin. – Krypta z Sheng Gong Wu okazała się pusta.
– Naprawdę? – „Czyżby Fung znalazł nowe, bezpieczniejsze miejsce do przechowywania zabawek?”
Wtem pełen nienawiści krzyk przeciął suche, nasycone zapachem spalenizny powietrze; czarownica i Pandabubba okładali z wściekłości młodych mnichów, nie umiejąc skutecznie wydobyć z nich informacji co do płożenia artefaktów.
– Przerwać im? – zapytał Maximus, potężnie zbudowany mężczyzna o oliwkowej cerze i lśniących czernią, kędzierzawych włosach.
– Nie.
Ciosy dwójki agresorów, mimo iż niewprawione, zadawały ból dwójce pozbawionych sił na walkę, czy obronę młodzieńców. Można rzec, że pogodzili się ze swym losem. Young odwrócił się od tej sceny plecami, zwracając ponownie do ulubionych kotków.
– Znaleźliście smoka?
– Tak, książę, lecz... – Maximus wskazywał palcem na zielono-czerwoną miazgę zebraną na płaskiej skale – tyle z niego zostało.
– Pieprzone roboty Spicera – warknął Chase.
Nie dość, że nie powiększy zapasów zupy Lao Mang Long, to jeszcze Dojo miał zdecydowanie za lekką śmierć, bo został trafiony momentalnie rozrywającym na kawałki pociskiem. Dlaczego wszystko musiało biec nie po myśli heylińskiego wojownika? Coś mu mówiło, że jeśli dalej tak pójdzie, najtęższe cięgi odbierze Kimiko.
– Dobra, zabierzcie tych durniów – zadecydował. Szybkim krokiem udał się do pozostawionej kilka metrów dalej, pogrążonej jakby w letargu wojowniczki, w czasie gdy lwy odciągały Wuyę i Pandabubbę od krwawiących smoków wiatru oraz wody.
Chase chwycił dziewczynę za włosy i nie zważając na jej pełne boleści krzyki, pociągnął w stronę mnichów. Następnie ujął delikatny podbródek, rozkoszując się tym drążącym ze strachu w jego objęciach, apetycznym ciele.
– Patrz na swoich znajomych – zwrócił się do niej niby dobry druh, cierpliwie tłumaczący coś przyjacielowi. – Przegrani, zdeptani, brudni, słabi... Chcesz dzielić z nimi ten los? – Przycisnął głowę Kimiko do siebie, chcąc zerknąć w te jej niezwykłe, niebieskie oczy, teraz pociemniałe przez trawiącą nastolatkę chorobę. Naprawdę sądził, że usłyszy od niej: „tak”, a wyrywając mu się, da pretekst do skręcenia karku.
Ledwie policzył do dwóch, gdy wtem z popękanych ust wojowniczki wypłynęło niemal bezdźwięczne kwilenie:
– N-Ni... Świadkowie wokół, na których złożyła się spora ilość kocich wojowników – i przede wszystkim młodzi mnisi, osłupieli na parę sekund. Zogniskowali na wpół zdumione, na wpół przerażone spojrzenia na drobnej, drżącej, zalewającej się łzami istotce.
– Głośniej! – wykrzyczał Chase.
Prędko zaakceptował myśl, że Kimiko oficjalnie mu się oddała, ale pragnął, aby powtórzyła swą deklarację raz jeszcze w obecności niewolników, a zwłaszcza wobec przestraszonych, nie dających wiary przyjaciołom. Czuł, jak smokowi ognia łamie się grunt pod nogami.
– Nie, nie chcę! – wysapała, upadając – bez sprzeciwu ze strony mężczyzny – na kolana.
Podniósł się gwizd oraz śmiech; któż by przypuszczał, iż mniszka wybierze życie w niewoli, niż „honorową” śmierć z przyjaciółmi! Dla wielu zgromadzonych było to wręcz niepojęte, gdyż oni sami, jako wyszkoleni wojownicy kierujący się dumą, na miejscu dziewczyny woleliby zginąć na placu boju, stąd też zaczęli opluwać ziemię wokół zrozpaczonej Kimiko. Ona zaś milczała, zerkając co rusz na twarze spisanych na stratę kompanów. W ich oczach chciała odnaleźć przebaczenie, tymczasem ujrzała rozgoryczenie. Wyciągnęła rękę w ich stronę, szepcząc pod nosem: „Przepraszam”, a wtem książę bez wysiłku chwycił ją za nogi i ręce, podźwignął do góry oraz przytulił do piersi.
– Spełnię życzenie tej biedaczki – orzekł wszystkim z udawaną troską, a następnie wyszeptał do ucha Japonki – żyj więc do końca swych dni z hańbą. 
Związał nadgarstki smoka ognia niewidzialnymi sznurami, połączonymi dodatkowo z pętami wokół nóg oraz szyi, by uniemożliwić jakikolwiek bunt. Tak przygotowaną wojowniczkę położył na grzbiecie niebotycznie wielkiego tygrysa o rzadko umieszczonych na sierści pasach i kazał się oddalić. Sam podwinął rękawy, szczerząc się niebezpiecznie do nadal oszołomionych Raimunda i Omiego.
– Załatwmy to jednak szybko, panowie. – Skinął ma Maximusa oraz Kuasina. – Dziś czeka mnie bzykanko.
Magiczne liny porządnie dawały popalić, jednak nie przez swoją dziwną szorstkość, która w kontakcie z delikatną skórą była bardzo dotkliwa. Przy każdym ruchu rękami tudzież nogami coraz bardziej zaciskała się pętla na szyi, iż Kimiko przeraziła się na myśl o powolnym uduszeniu. Ponieważ leżała kociej bestii na brzuchu, nie widziała niczego poza kępkami trawy wyzierającymi spomiędzy odłamków dachu i gruzów. Mogła tylko czekać na Chase'a, popłakując mizernie. Chcąc zabić czas, przyglądała się mijanym po drodze odpadkom. Uwagę przykuł wypruty z wacianego wypełnienia miś Raimunda. Zawsze, gdy tylko dostrzegała przytulankę, wyśmiewała jego właściciela, a teraz ów właściciel umiera osamotniony w boju na polu bitwy. Jak na ironię losu, ledwie zdążyła uronić kolejne łzy, opłakując przyjaciela o mentalności dziecka z podstawówki, gdy wtem usłyszała nabrzmiały boleścią krzyk. Chciała przekręcić głowę lub kopnąć tygrysa, aby ujrzeć, co heyliński wojownik do spółki ze swymi sługusami im robi, lecz momentalnie poczuła coraz większy ucisk na szyi. Krzyki nasilały się, podobnie jak obrzydliwe dźwięki ostrych przedmiotów wbijających się i rozcinających mięso. Czyż niemożność zobaczenia rzezi była swego rodzaju litość aktem litości? Wiec dlaczego nie postarał się choćby o zatkanie uszu dziewczyny? 
„By równocześnie cię ukarać...?”
Zwierz wreszcie stanął, ostrożnie kładąc dziewczynę na piaszczystej ziemi. Wiedział, że jeżeli dopuści, by się udusiła, książę przerobi go na dywan. Położył się więc obok niej i zaczął oblizywać sobie łapy, obserwując przy tym poczynania biedaczki czujnie; w razie problemów ogłuszy ją.
Kimiko, leżąc na wznak, otoczona „opieką” tygrysa, doszła do wniosku, że chyba śmierć byłaby lepszym rozwiązaniem. Z drugiej strony zawsze istnieje szansa ucieczki. Pozostawało jednak pytanie: co z honorem? Straciła go, ot co. Powinna umierać razem z kompanami, a postępuje jak ostatni tchórz. Chorobę obarczyła winą za swój egoizm i strach, bo tak prościej. Niemniej nie wyobrażała sobie kończyć życia, znajdując się dopiero na jego starcie, więc dlatego w rozpaczy wykorzystała swą kobiecość i zagwarantowała sobie w miarę bezpieczną pozycję u boku zwycięzcy. W duchu żywiła nadzieję, że nie znudzi się księciu zbyt szybko, by zechciał się jej pozbyć, nim ona zaplanuje kiełkujący pomysł ucieczki. 
Podczas tego najdłuższego w jej życiu poranku obróciło się w nicość wszytko, co niegdyś stanowiło wartość. Mnisi, przyjaciele, ukochany dom przestali istnieć. Młodej kobiecie skończyły się łzy, aby opłakiwać ich wszystkich po kolei. W końcu wiercące czaszkę krzyki przycichły, by po chwili ustać zupełnie. Dalej już tylko czekała, aż przyjdzie. On. Ten, który niewątpliwie uczynił zabawą mordowanie przyjaciół. Starała się uspokoić, przestać trząś, ale nie mogła. Wyobraźnia nieustanie podsuwała obraz zakrwawionych rąk dotykających nagich piersi. Ból głowy w niczym nie pomagał; zacisnęła powieki,  pragnąc zasnąć, bo tylko sen potrafiłby oddalić ją od maskary wokół. Od wyrzutów sumienia. Od strachu i poczucia straty.
Słońce stopniowo zalewało promieniami twarz Kimiko; nieszczęśliwą i przerażoną, wyrażającą mizerne w stosunku do rzeczywistości, acz jedyne jakie mogłoby dziewczynę usprawiedliwić w oczach potomnych przekonanie, że nikt nie ma prawa mniszki oceniać ani potępiać, zwłaszcza ci którzy nie przeżywają tego, co ona teraz.
„Bo ile kobiet na moim miejscu nie postąpiłoby podobnie?” 


 Jak dobrze znów coś tu napisać. Nie takie to barwne jak Twoje, siostrzyczko, ale zawsze coś. xD

9 comments:

  1. Nareszcie Raylie coś napisała!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Oj tam, ostatnio pisałam w listopadzie. Nie tak dawno temu. xD Nie obiecałam, że będę tu pisać często. xD

      Delete
  2. dawaj więcej!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Czyli zbliżyłam się poziomem do Layali? XD Choć troszeczkę...?

      Delete
    2. Co to ma być za pytanie?XD

      Delete
    3. Na pewno nie retoryczne. XD

      Delete
  3. Kiedy można spodziewać się kolejnej części? :D

    ReplyDelete
    Replies
    1. Kiedy sesję zaliczę i na Innej wersji dodam rozdział. C: Możliwe, że lipcu.

      Delete
  4. Przeczytałam! XD Niesamowity masz styl. Zazdro :c Lecę czytać teraz ten najnowszy co się pojawił. Jeśli chodzi o postawę Kimiko to nie potępiam jej nawet w najmniejszym stopniu. :) Ja bym nie umiała poświęcić życia dla "przyjaciół", którzy jednak nie są moją rodziną i znam ich góra 3 lata?
    Tylko ta choroba... Niech ona się szybko wykuruje! XD

    ReplyDelete