Sunday, November 13, 2016

Mały Książę Heylin cz.3


To miała być ostatnia część, ale jak zwykle wyszło ze mną tak, że będzie jeszcze jedna... Może być słabo przez mój brak weny. Życzę jednak mimo wszystko miłego czytania i ślepoty na błędy na ten czas!


Kroczyłem za ojcem w bezwzględnej ciszy. Nie śmiałem pisnąć choćby słowem, mimo tego, że łzy nie przestawały napływać mi do oczu. Nie wstydziłem się płaczu, ale ponieważ ojciec nie wydawał z siebie żadnego dźwięku, ja też nie chciałem, bojąc się, że to nie dozwolone. Może w ten sposób czciliśmy jakoś mamę, może. Nie wiedziałem, ale miałem całą buzie w smarkach, bo nie pociągałem nosem, by nie stwarzać hałasu. I dobrze, nie obchodziło mnie to, niech mój ból będzie na zewnątrz wyrazisty. W końcu jednak otarłem twarz o rękach w chwili, w której ojciec miał się do mnie odwrócić. Nie wiem czemu tak podziałałem, w sumie na nic nie miałem wówczas kontroli. Skupiałem się tylko na swoim bólu, myślałem o tym, co mnie czeka – a czekała mnie samotność.
Zatrzymaliśmy się przed wejściem do moich komnat. Tata pchnął drzwi i wpuścił mnie do środka. Byłem pewien już, że jeśli się obejrzę, to zdąży się rozpłynąć, zostawiając pod opieką służących i szambelanów, ale o dziwo wszedł razem ze mną. Poprowadził mnie dalej do mojego pokoju i przypilnował, bym wszedł do łóżka pod kołdrę. Czy on naprawdę sądził, że zdołam tak  zwyczajnie w świecie zasnąć po tym wszystkim? Mama nie żyje, i to z mojego powodu. Poczucie winy rozszarpywało mnie wraz z żałobą, sen sprawiłby, że zapomniałbym o tym i uczucia przeminęłyby, kiedy ja nie chciałem. Chciałem to wszystko przeżywać, bo przecież jest to śmierć mamy, którą muszę uhonorować własnym bólem. Myślałem, czy by on tym nie powiedzieć ojcu, ale jakoś nie śmiałem się odezwać. Co jeśli obwiniał mnie za jej śmierć? Jakie zresztą są moje stosunki z nim? Zerowe. Co miałbym mu powiedzieć, w jaki sposób, o czym porozmawiać? Ojciec był mi tak obcy, że poczułem się gorzej, bo byłem osamotniony w moim cierpieniu. Śmiało mogłem wątpić w to, czy gromią go takie same emocje. A miałem ogromna potrzebę, żeby ktoś mnie przytulił, pocieszył, spróbować wmówić, że to wcale nie moja wina...
Ściągając buty położyłem się do łóżka. Nie miałem sił, by się przebierać. Ojcu to nie przeszkadzało, więc mi tym bardziej.
– W razie czego, będę obok – oznajmił sucho, po czym skierował się do wyjścia z pokoju. Leżałem pod kołdrą i patrzyłem, jak zostawia mnie w zimnych ciemnościach. Samego jak palec. Przetworzyłem ponownie jego słowa. Miał być obok? To znaczy gdzie? Obok jest tylko pokój mamy, który teraz po jej odejściu będzie taki opustoszały, że pewnie już nigdy nie przejdę obok niego obojętnie…
Inspirowany myślą, którą uważałem jednocześnie za głupią, wyszedłem z łóżka. Po cichu otworzyłem drzwi i na palcach postanowiłem sprawdzić pokój mamy. Zajrzałem przez dziurkę od klucza i poczułem miłe ukłucie w sercu. Tata kładł się do jej łóżka. Też w ubraniach, nie dbając o nic, jakby był wycieńczony całym dniem, lub właśnie tą tragedią, która nas dotknęła. Pomyślałem, że tak mu szkoda mamy i mu jej brakuje, że zechciał z tego powodu położyć się do jej łóżka, które  jeszcze nią pachniało. W tamtej chwili zapunktował w moich oczach. Chciałem żyć przekonaniem, że moi rodzice się kochali i moja mama nie była… jakąś tam kurwą… Ale o tym musiał przekonać mnie sam mój ojciec i miałem nadzieję, że to zrobi.
Wróciłem do siebie, a wraz ze mną wszystkie smutki, dobierające się do mnie jak pszczoły do miodu. Tamtej nocy nie mogłem zasnąć, chociaż byłem zmęczony. Uległem snom nie za późno, wycieńczony ogromem przytłaczającego mnie dramatu, nieszczęścia, bezradności i przede wszystkim poczucia winy. Pragnąłem do poduszki tylko jednego – znaleźć się w ramionach mojej kochanej mamy… której już ze mną nie było. Została mi odebrana niesprawiedliwie. Powinno to spotkać kogoś innego, nie mnie! Ja byłem Małym Księciem, wszyscy mi powiadali, że mój los liczy się dla wszystkich tak samo mocno, jak moje szczęście, a jednak nikt nie zadbał o to, by uchronić moją matkę. Straż była do bani; gdyby mnie powstrzymała, nic by się nie wydarzyło; miałem więc do niej największe pretensje. Chciałem obwiniać wszystkich za jej śmierć bez wyjątku, ale nie siebie samego. I tak czułem się winny i załamany, nie chciałem dokładać sobie większych cierpień, choć sumienie podpowiadało mi, że powinienem, bo taka powinna być moja kara, tym bardziej, że nikt inny mnie nie ukaże, sam to musiałem sobie zrobić. Dlatego kiedy nazbierało się we mnie wystarczająco dużo odwagi, aż do zaśnięcia ryczałem jak bachor i przyznawałem w duchu, jaki jestem głupi, i jak wszystkiemu jestem winny. Potem męczyły mnie jeszcze sny, jakbym nie spisał się w tej mierze wystarczająco dobrze. Kilkukrotnie budziłem się zlany potem i z oczami piekącymi od nieustających łez. Uprzytomniłem sobie, że musiałem wydzierać się we śnie, bo widziałem nie raz oczy ojca w drzwiach, przyglądające mi się w ciemnościach, całkowicie milczące i znikające po chwili, kiedy przekonywał się, że to tylko koszmary nie dają spać jemu jedynemu synowi. Nie pokwapił się, żeby wejść do mnie, przytulić mnie, pocieszyć, czy choćby usypać, obdarzając mi pogodnym tekstem, że to wszystko to tylko złe sny i kiedy rano wstanie słońce, moje udręki się skończą. Nie, nie zrobił tego, bo nie był mamą. Nie był kochającym rodzicem.
Jak… Jak mam sobie niby teraz poradzić bez mojej mamy?


Z rana, tak jakby nic się nie wydarzyło, służące podeszły do mojego łóżka, by następnie irytująco piskliwym głosem spróbować mnie obudzić, nie śmiąc jednak tknąć, więc wytrwale wypowiadały słowa, na jakie byłem głuchy przez długi czas. W końcu jednak przedarły się przez bariery moich snów, iż otworzyłem leniwie oczy. Ujrzenie poranka pierwszego dnia ze świadomością, że o to zaczyna się moje życie sieroty pozbawionej matki, przeraziło mnie na wskroś i wstrząsnęło, jakby ktoś obrzucił mnie lodem. Nie chciałem tego ranka, nie chciałem nowego dnia ani nowego życia. Pragnąłem cofnąć czas, naprawić swój błąd i być znów z moją mamą. Powiedziałem sobie, że nigdzie nie wstaję, nie ruszam się z tego łóżka choćby nie wiem co. Nie będę żył jak gdyby nigdy nic bez mojej mamy!
– Wasza Wysokość, bardzo proszę wstać, zaraz nałożymy śniadanie… – prosiła uniżenie jedna ze służących.
– Nigdzie nie wstaję!
– Ależ… Wasza Wysokość…
– Wynocha z mojego pokoju! Wy głupie dziewczyny! – Wściekły do białości rzuciłem w ich grupkę poduszką, co poskutkowało, bo wyniosły się z mojego pokoju. Spodziewałem się jednak tego, że takie nierozumiejące baby jak one, które nie potrafią się domyśleć, że przechodzę przez żałobę i pragnę zostać w moim łóżku, by uczcić pamięć matki tygodniowym płakaniem co najmniej, wrócą z nową odsieczą, lub z kawalerią. Nie przyszło mi jednak do głowy to, że tą kawalerią może być mój ojciec.
– Natychmiast wstawaj z łóżka – powiedział okrutnie surowo, stojąc w drzwiach.
Poskarżyły mu się na mnie! Kiedyś im pokaże!
– Co?! Ale czemu? Która jest godzina?
Podniosłem się, mając oczy już całkiem wybudzone. Udało im się, nie położę się z powrotem po to, by spać, ale po to, by w spokoju przechodzić moją żałobę, gapiąc się w okno bez przerwy. Żądałem więc, aby mnie zostawiono samego w pokoju, lecz choć służącym z łatwością mogłem to wykrzyczeć, przy ojcu traciłem wszelką odwagę. Czułem, że dzielenie się z nim z tym, co leży mi na sercu nie wniesie żadnych dobrych zmian, a jak już to jedynie pogorszy sytuację. Wszyscy wiedzieli w pałacu, że ojciec nie  lubi słabeuszy.
– Siódma rano – odpowiedział, na co opadła mi szczęka.
– Co?! Ja z mamą zawsze śpię do dziesiątej. Nie wstaję! – To było moje ostatnio słowo, po który postawiłem na bunt. Spodziewałem się usłyszeć po tym wszystkiego: wyzwisk, narzekań, a także przygotowałem swoją pupę na lanie i nawet wyobraziłem sobie, jak już mnie piecze.
– Wstawaj z łóżka. W tej chwili. – Zamiast tego usłyszałem znów ten oziębły i nieznoszący sprzeciwu ton. Aż gotowy byłem ulec, bo z taką siłą na mnie wpływał… Ale nie! Jestem Małym Księciem i też mam jakieś zdanie!
– Po co?! – spytałem ciekaw, czy jest chociaż jakiś dobry powód, bym miał się z wyrka ruszyć.
– Bo Książe wstaje wcześnie, razem z pałacem, by od rana go doglądać i sprawdzać, czy Imperium dobrze funkcjonuje.
Znowu rozdziawiłem usta, jakbym chciał muchę połknąć. O rany, to brzmiało tak nudnie! Lecz niestety… tak prawdziwie. Moim obowiązkiem było postępować właśnie tak, jak mówił ojciec. Nie mogłem przed tym uciekać, nie mogłem uciekać przed swoim życiem jak jakiś tchórz, a stawić mu czoła jak na honorowego i silnego wojownika przystało. Gdzie się podziała moja chęć zabłyśnięcia w oczach taty? Ach, no tak… została wyparta męczeńską śmiercią matki!
– Kiedy ja nie chcę… – mruknąłem w nadziei, że może mi dziś odpuści. Nigdy wcześniej się za to nie zabierałem, moją codzienność wypełniały zabawa i swobodne lekcje w zaciszu pokoju, nie miałem weny, by to zmieniać. Nie teraz, nie dziś, nie przez najbliższe dni. Zakryłem się kołdrą, jakby to miało mi w czymś pomóc. Aż padło kolejne pytanie, które sprawiło, że lekko się zawahałem co do tego, co robić.
– Nie chcesz być Księciem?
– Chce, ale… – wygramoliłem się spod kołdry i wyjrzałem do ojca. – Myślałem, że Książę wiedzie beztroskie, wolne życie…
– I tak jest, ale ma też swoje obowiązki, które są mu potrzebne, by nie zmienić się w tapczanowego lenia. Wstawaj. Służące pomogą ci się ubrać.
Już miał wyjść przekonany, że i mnie przekonał do swych racji, ale ja jednak postanowiłem tupnąć nogą i pozostać upartym. Mam gdzieś obowiązki Księcia. Mama nie żyje, a on się zachowuje jak gdyby nigdy nic. Może i on jej nie kochał, ale ja kochałem ją całym sercem i zasłużyła na uhonorowanie poprzez wniesienie żałoby!
– Nie.
– Coś ty powiedział?
– Powiedziałem „nie” – powtórzyłem ciszej. Jego wściekłe spojrzenie mnie przeraziło... Nikt… Nikt tak jeszcze nigdy na mnie nie patrzył! To było straszne i pełne takiej mocy, że zmiękłem natychmiast jak kociak i już chciałem wyskoczyć na podłogę z przeprosinami i przysięgą, że będę posłuszny. Mamo, gdzie jesteś…?
– Nie akceptuję słowa „nie”. Jeżeli nie wstaniesz z rana, nie dostaniesz śniadania – dodał.
Nie wytrzymałem, choć chciałem być silny, rozpłakałem się do reszty, wyjąc w poduszkę. To kompletnie zdezorientowało tatę. Czy on naprawdę nic nie rozumiał?
– Dlaczego ryczysz?
Nie chciałem go uświadamiać, sam powinien się domyślić o co mi chodzi. Byłem zły na niego do szpiku kości. Wszystko wskazywało na to, że nie kochał mamę, skoro potrafił ot tak zacząć nowy dzień. Zapytał znowu o powód moich histerii na co stwierdziłem, że nie ma innej drogi jak o wszystkim mu się wyżalić, albo na pewno nie dostanę tego czego chce. Szkoda, mama potrafiła odgadywać moje myśli i pragnienia. Miała instynkt, któremu ojcu najwyraźniej brakowało.
– Jest mi smutno – zacząłem, by przy okazji wyjaśnić, że wcale nie ryczę jak bachor – bo zachowujecie się wszyscy, jakby mama wcale nie umarła!
Pochmurność na twarzy ojca zelżała. Milczał, więc kontynuowałem:
– Nie chce wstawać, bo… bo… bo nie potrafię zwyczajnie… Chce do mamy, chce żeby wróciła…! – pociągając nosem spojrzałem mu prosto w oczy. – Naprawdę tak bez problemu się z tego dźwignąłeś? Nie jest ci choć trochę smutno?
Dalej nic nie odpowiedział. Dlaczego on tak milczał? Obserwowałem go uważnie, czując przyspieszone bicie serca. Ojciec o czymś myślał, widziałem to bardzo wyraźnie, ale zupełnie nie byłem w stanie odgadnąć nad czym konkretnie. Na pewno rozważał moje słowa, lecz jakie zamierzał wyciągnąć z tego wnioski?
I proszę! Zamiast usiąść przy mnie i przekonywać mnie, że nie mam racji, poszedł sobie. Czyli jednak się nie mylę. Mama była dla niego nikim. Tylko dla mnie była ważna, a teraz nawet nie wiem, gdzie ona jest, ani co się z nią dokładnie stało. Po wyjściu ojca uświadomiłem sobie, że spędziłem noc w naszych komnatach praktycznie sam i miałem po raz pierwszy zjeść śniadanie bez niej. Moje życie zostało na wieki odcięte od niej, od jej towarzystwa, rozmów, nauk, uśmiechów… Łzy jeszcze mocniej ścisnęły mi oczy, wyłem jak jakiś wilk do księżyca, męczyła mnie okropna rozpacz, jakiej dotąd nigdy nie doświadczyłem. Wreszcie pomyślałem o najgorszym. Ja się nawet z mamą nie pożegnałem.


Chyba dostałem czegoś, co nazywa się depresją, bo nie chciałem jeść, ani wychodzić z pokoju. Nie wpuściłem do siebie żadnych służących i zamknąłem drzwi  od wewnątrz, podstawiając krzesło pod drzwi. Nie chciałem nikogo widzieć, nikogo. Wolałem być zupełnie sam, skoro nikt nie chciał zaprowadzić mnie do mamy. Pojmowałem to, że nie żyje, ale chyba nie pozbyli się jej ciała tak od razu, przecież nie wyrzucili jej, musieli mieć jakiś honor dla niej, chociażby dlatego, że była moją mamą, dlatego trwoniłem nadzieję, że jednak zdołam ją jeszcze ujrzeć. Nie bałem się zobaczyć jej martwej. W zasadzie czułem, że to mi pomoże. Chciałem potrzymać ją za rękę i powiedzieć parę słów. Byłem jej to winien, bo to ja nawaliłem. To przeze mnie umarła…!
Znając swoje prawa powiedziałem wołającym mnie pod drzwiami służącym, aby wróciły wtedy, kiedy będą miały zgodę zaprowadzić mnie do matki. Inaczej groziłem, że nie wyjdę z pokoju do końca dnia. One wówczas zaczynały panikować, bo nie wywiązywały się ze swoich obowiązków, a moje zdrowie mogło ucierpieć na głodówce. Tak nie do końca, rzecz jasna, nie miałem zamiaru robić sobie krzywdy. Byłem też małym dzieckiem i nie posiadałem zwyczajnie takiej odporności, żeby się głodzić. Udawałem więc to wszystko i żywiłem się w ich niewiedzy ciasteczkami trzymanymi w słoiczku, który kiedyś zawinąłem z szafki kuchni i schowałem pod swoim łóżkiem. Mama nigdy się nie zorientowała, albo zrobiła to i machnęła ręką. Tak czy inaczej miałem zapas jakiś czas. Na ile dokładnie to nie wiedziałem, dlatego starałem się pożerać wypieki mamusi z umiarem, choć nie było łatwo, bo to jej wypieki…
W południe przyszedł do mnie znowu ojciec w asyście jakiegoś obcego mi wojownika. Wlazł do mojego pokoju, pomimo zastawionego krzesła; czarami odsunął je przez ścianę, po czym klamka opadła bez najmniejszego problemu, ja zaś rozdziawiałem usta na widok lewitującego krzesła. Spiąłem się cały, nastawiając na wysłuchiwanie napomnień i zażaleń ze strony Wielkiego Księcia.
– Zachowujesz się skandalicznie – skwitował, co mnie dotknęło i zabolało. Chętnie też odpowiedziałbym mu czymś obrażającym, ale wiedziałem, że mama by tego nie pochwaliła, zatem zdusiłem w sobie jad.
– Chce się zobaczyć z mamą! – wykrzyczałem.
– Nie możesz się z nią zobaczyć.
– Dlaczego?! Mam prawo! – Uderzyłem pięściami w łóżko, by wyrazić dokładniej swój gniew. Nie obchodziło mnie ani trochę, czy zachowuję się dojrzale, czy też nie. Chciałem się zobaczyć z mamą i nie zamierzałem ustąpić, dopóki moja prośba nie zostanie wysłuchana. Chyba choć trochę zasługiwałem na łagodzące okoliczności? – Nie możesz być dla mnie taki, nie możesz! Chcę się z mamą pożegnać!
Nie rozumiałem tego wahania w jego spojrzeniu. Przecież nie mógł już wyrzucić jej ciała, no nie mógł…
– W porządku – odrzekł w końcu. Ciepło uściskało moje serce. – Ale najpierw ubierz się i zjedz coś. Wrócę po ciebie w przeciągu godziny.
Pokiwałem głową rozpromieniony. Od razu zrobiło mi się lepiej. Może ojciec nie będzie takim tyranem, jak to się obawiałem; potrafił być wyrozumiały i starał się mnie zrozumieć. Przynajmniej tak to odbierałem i pozostawałem przy tym, chcąc w to wierzyć i chcąc, by była to prawda. Nie wiem co bym zrobił, gdyby okazało się, że ojciec ani trochę mnie nie kocha i nie mam już na tym świecie nikogo, do kogo mógłbym się ze wszystkim zwrócić, na kogo mógłbym zawsze liczyć. Nie przestałem o tym myśleć kiedy przyszły służące, wręcz bardziej zacząłem pojmować ogrom straty, jaka mnie dotknęła. Bałem się. Bałem się tak bardzo tego wszystko, co miało teraz nadejść, tego dorastania bez rad i troski matki, której zdanie zawsze brzmiało z wydźwiękiem niezastąpionego autorytetu. Kto mi teraz wskaże drogę, powie co wolno jeść, a czego nie, jak się ubierać, jak się uczyć, jak ćwiczyć, co dobre a co złe? No kto?
Po godzinie ojciec wrócił zgodnie ze swą obietnicą. Ponieważ zeszła ze mnie już trochę histeria, powitałem go ukłonem, oddając szacunek, jaki gotowy byłem mu znów okazywać po jego postanowieniu, by spełnić moją prośbę. Niech wie, że mimo wszystko nie jestem koszmarnym dzieckiem i mama jednak dobrze mnie wychowywała… W końcu to, jak będę się teraz zachowywać, świadczyć będzie również o niej… Następnie wyprostowany poszedłem za nim. Wyszliśmy z komnat, w jakich mieszkałem dotąd z mamą. Ciekaw byłem czy teraz będę sam w nich przebywał, czy może przeprowadzę się do ojca? I jeśli tak, to jak wglądają jego komnaty? Czy znajdę tam zabawki, mieczyki do ćwiczeń, fajną wannę? Wiele pytań zaprzątało mi głowę w trakcie pokonywania drogi do… do mamy, która leżała nie wiadomo gdzie.  Bałem się tego, że w jakiejś chwili skręcimy na schody wiodące w dół, bo to by wówczas oznaczało, że mama znajduje się na mniej godnych poziomach, może w podziemiach, w jakiś lochach, czy wysypiskach… Na samą myśl o tym robiło mi się tak zimno i przykro, przechodził mnie dreszcz, a oczy zaczynały piec. Lecz nie, jeśli mieliśmy używać schodów, to tylko po to, by wspiąć się w górę i wejść na najwyższe piętro pałacu, gdzie korytarze nie były zabudowane ścianami, a otwarte, jakby się kroczyło po dachu całego pałacu, skąd byłem w stanie zaobserwować cały pałac! Calusieńki, że aż zaparło mi dech w piersi! Widoki niesłychane, ale powodowały też lekkie zawroty głowy, kiedy za bardzo podchodziło się do krawędzi.
Zatrzymaliśmy się przed mierzącymi chyba z cztery metry drzwiami koloru obsydianu i błyszczących jak ów kamień. Warowała przy nich para wojowników, która wyprostowała się na widok nadchodzącego ojca. Przejście otworzyło się samo, zawiasy poruszyły się bezszelestnie, pewnie oliwiono je każdego dnia. Kiedy znalazłem się w środku poczułem niewysłowioną ulgę. Byliśmy w komnatach taty, obłożonych od podłogi po sufit błękitnym marmurem; ogromnych, ale wydających się pustych przez małą ilość mebli. Ustawiono tylko te najbardziej potrzebne, których używać można każdego dnia, jak stół ze stosem dokumentów, siedzisko, jakieś pufy, komody, w tym okna, dużo okien rzucających białe światło na pomieszczenie oraz przezroczyste zasłony, wiszące tu i ówdzie. Panowało tu przyjemne ciepło, choć wszystko pogrążone było w zimnych, stonowanych kolorach i jakieś dziwne wrażenie niepojętej powagi ogarnęło mnie, a jednocześnie też dostałem pietra. To komnaty władcy świata, Wielkiego Księcia, mojego ojca! Czyżby moja mama była gdzieś tutaj?!
Dostrzegłem parę innych drzwi, jedne pewnie były do łazienki, drugie do jego sypialni. Przeszliśmy przez te, które znajdowały się na prawo od głównego wejścia i to właśnie te prowadziły do pokoju z jego łóżkiem. Żołnierze, którzy dotąd nas eskortowali, zatrzymali się i odłączyli od nas. Tata wszedł ze mną sam do środka, przepuszczając mnie przodem. Stanęło mi serce. Na łóżku zobaczyłem, że ktoś leży na białym prześcieradle, przykryty równie białą płachtą. Nagle dojrzałem i wstrząsnął mną niewyobrażalny strach. Poprzednia ekscytacja, że zobaczę się z mamą minęła i stwierdziłem, że jednak nie chcę tutaj być, że nie chcę przez to przechodzić. Ona tam leżała w żałobnych kolorach, nie ruszała się… nie widziałem, by jej klatka się unosiła. Nie miałem odwagi by się ruszyć nawet odrobinę, a co dopiero dać krok naprzód. Już miałem się odwrócić w kierunku drzwi, poddać się, zrezygnować  i pogrążyć się we wstydzie swego tchórzostwa, zamiast stanąć twarzą w twarz z odpowiedzialnością, bo przecież to ja doprowadziłem do tego, że musiałem tak teraz tu stać, kiedy nieoczekiwanie ojciec położył mi dłoń na ramieniu. Poprowadził mnie do łóżka bardzo wolnym krokiem, za co byłem mu wdzięczny, bo poruszałem nogami jak w smole. Trząsłem się. Zrobiło mi się zimniej, odczułem samotność, choć przecież nie byłem sam. Nie chciałem podchodzić, nie chciałem, nie chciałem… Ale musiałem! Ze względu na Honor swój i mojej mamy, musiałem podejść i powiedzieć to, co uwierało mi język.
Stanęliśmy obaj przy łóżku. To była ta chwila, ten moment, który miałem zapamiętać do końca życia. Serce biło mi jak oszalałe w piersi, czułem jego pulsacje w uszach, w całej głowie, pękającej mi już od tych wrażeń. Za dużo tego wszystkiego, za dużo tych uczuć i tej tragedii. Nie udźwignę tego, nie ma szans. Rozkleję się i rozpadnę na kawałki jak wazon uderzający o podłogę.
Spojrzałem na ten nie dający żadnych znaków życia korpus opatulony materiałem, wydającym się aksamitnym, mięciutkim w dotyku. Zorientowałem się, gdzie pod nim może leżeć ręka mamy, więc nabrawszy odrobiny odwagi, wyłowiłem ją. Biorąc jej dłoń przeraziłem się tym, jaka jest zimna. Popatrzyłem na nią; była biała jak kreda, sztywna… Tą ręką mnie głaskała, myła, karmiła, tą ręką groziła mi też palcem, a teraz zdawało mi się, że trzymam kończynę jakiejś lalki lub posągu, na pewno nie człowieka. Zacząłem pociągać nosem.
Usłyszałem jak tata wychodzi. Wiedząc, że nie muszę się już z niczym ukrywać, rozpłakałem się na dobre. Nie wiedziałem czy zacząć coś mówić, czy może znaleźć w sobie większą odwagę i odsłonić twarz matki. Stwierdziłem, że mógłbym tego nie wytrzymać, więc postanowiłem wyłożyć swoją  mowę do białego korpusu.
– Mamuś, ja przepraszam! Tak bardzo cię przepraszam! – Upadłem na kolana, nie puszczając zimnej dłoni, którą zacząłem tulić do swoich policzków w nadziei, że jak je ocieplę, to się poruszą lub chociaż zadrżą. – Byłem głupi, niegrzeczny i głupi! Powinienem był się ciebie słuchać. Miałaś rację we wszystkim, słyszysz? Przepraszam! Nie gniewaj się na mnie i proszę odżyj…! Proszę, proszę…!
Miałem wrażenie, że serce mi zaraz nie wytrzyma i pęknie.
– Tak bardzo cię przepraszam. Zrobię wszystko, żebyś wróciła. Wszystko!
Czułem brak siły w trzęsących się nogach. Chciałem upaść, znowu. Upadać bez końca, najlepiej w przepaść. Mroźna ręka sprawiała, że myślałem o ucieczce.
– To niesprawiedliwe. Nie zasłużyłaś sobie na to… Mamo… Ja sam nie dam rady!
W jaki niby sposób mam być Księciem, jeśli nie potrafię uchronić najbliższych przed śmiercią? Przez swoją głupotę skazałem najdroższą mi na świecie osobę. Zostałem przez to sam, a mając tego świadomość nie byłem w stanie wyobrazić sobie przyszłości. Skończyła się dla mnie wraz ze zniknięciem miłości. Jedynej miłości, jaką czułem właśnie od mamy.
Spojrzałem z wyrzutem raz jeszcze na biały korpus. Wydawał się taki malutki, jakby leżące pod nim zwłoki nie ważyły więcej niż dziesięć kilo. Dopadła mnie dziwna myśl. A czy to na pewno jest moja mama? A może leży tu ktoś inny i mamę gdzieś zabrano, lub wygnano za złe wychowanie? To było możliwie, biorąc pod uwagę to, jak odnosili się do niej szambelani i jak ojciec z początku nie chciał, bym się z nią w ogóle po śmierci zobaczył. Może próbowano mnie oszukać i pod płachtą leży zupełnie obca mi kobieta? Ta myśl stała się tak silna i zaczęła działać jak pokusa na słodycze, iż postanowiłem się przekonać, czy mam słuszność tak powątpiewać w ojca.
Zaryzykowałem. Powoli i z ostrożnością jak przy układaniu zabawkowych żołnierzyków, chwyciłem za rąbek materiału. Znieruchomiałem, nie będąc do końca pewny, czy na pewno tego chce. Potem nie będzie odwrotu. Musiałem się jednak przekonać. W końcu nie miałem podstaw by ufać tak bez granic ojcu, który miał mnie w nosie przez ten cały czas. Wziąłem więc głębszy wdech i zamykając oczy, pociągnąłem w dół białą pościel.
Bałem się otworzyć oczy. Bałem się, że nie zasnę, bo widok może być zbyt straszny. Bez względu na to, czy zobaczę moją prawdziwą matkę, czy jakąś uzurpatorkę. Niemrawo zacząłem jednak rozchylać powieki. I wówczas ją zobaczyłem.
– Mamuś…
To była moja mama, nie poruszała się, nie oddychała, nie dawała znaku życia. Była biała jak śnieg i tak samo chłodna. Twarda jak kamień przywodziła na myśl zamrożonego człowieka. Zrobiło mi się tak słabo, że straciłem na moment widzenie. Moja mama naprawdę nie żyje!
Potrzebowałem znów chwili, by odzyskać siły. Zdziwiło mnie coś i kiedy się podniosłem i ponownie stawiłem czoła strasznemu widokowi, który z pewnością nawiedzać mnie będzie w snach, zauważyłem, że mama nie ma na sobie ani jednego śladu wskazującego na przyczyny jej zgonu. Była czysta jak łza, zero krwi, zero zadrapań, czy choćby okruszka ziemi za paznokciami! Nawet włosy miała ułożone. Nie  cuchnęła, jak trup, raczej pachniała, przez co głupio pomyślałem, że może ktoś przyczynił się do tego, że utknęła w wiecznej śpiączce? Coś było mocno nie tak.
– Mamo… śpisz? – zapytałem głupio, dotykając jej ramienia. Nie zareagowała.
Przyjrzałem się ciału, czyli w to, co była ubrana. Została przebrana w czyste, piękne, białe hanfu. Zaglądając tam, gdzie wolno mi było, nie dostrzegłem ani plam krwi, ani dzieł po mieczu wroga. Brakowało ran. Kompletnie tego nie rozumiałem.
– Wystarczy tego.
Nagle poczułem dłoń na ramieniu, która odciągnęła mnie do tyłu. Ojciec zjawił się za mną niespodziewanie i szybko zakrył zwłoki mamy. Nie dając mi nic powiedzieć, wyrzucił mnie za drzwi i kazał strażnikom odprowadzić do pokoju. Sam zamknął się w sypialni.


Spędziłem dzień w swoim pokoju, przesiąknięty bólem doświadczonych tortur, o które sam się prosiłem. Może ojciec próbował mnie przed tym chronić i nie chciał, bym żegnał się z mamą? Przed tym straszliwym ciężarem winy? Co jak co, ale pożegnać, trzeba się zawsze i w sumie nie żałowałem niczego. Jedynie wygląd mamy i brak ran na ciele nie dawał mi spokoju. Starałem się jednak nie zawracać sobie tym głowy, w końcu musiałem żyć dalej, iść naprzód i myśleć o sobie, o swoich marzeniach. Tego na pewno chciałaby właśnie mama.
Moi przyjaciele okazali się wartościowi i szlachetni. Cały pałac wiedział o tym, że zginęła Matka Małego Księcia, więc i oni się dowiedzieli. Domyślając się tego, że nie mam sił wyjść z pokoju nękany przez depresję, sami postanowili mnie odwiedzić. Chociaż byli beznadziejni w składaniu kondolencji, w zupełności wystarczał mi ich gest solidarność, aby poczuć się odrobinę lepiej.
– Strasznie ci współczujemy, Chiyru… Strasznie…– mówiła Sui, roniąc łzy w oczach, choć słabo znała moją mamę. Tuliła mnie, a od jej ciepła uspokajało się moje serce. Mógłbym ją przytulać już zawsze, była jak lekarstwo, którego potrzebowałem.
Xiao i Pao mało się odzywali, ale po ich załamanych spojrzeniach wiedziałem, że są ze mną duchem.
– Powiedzcie mi, co dzieje się w pałacu, bo ja jestem odcięty od wszelkich informacji… Czy organizuje się jakiś huczny pogrzeb dla mamy?
Wszyscy popatrzyli po sobie.
– W zasadzie to o twojej mamie nie mówi się na głos – zaczęła Sui. – Każdy szepta sobie na ucho o tej tragedii i my też dowiedzieliśmy się przypadkiem. Wiadomo, że  cesarz nie życzy sobie, by o niej mówiono. My nic nie wiemy o jakimikolwiek pochówku i nie widzieliśmy, by coś przygotowywano, no ale wiesz… Nam nie wolno prawie wszędzie wejść…
A więc to tak… Wcale nie poczułem się lepiej, dowiadując się tego.
Chociaż nadal było mi ciężko, następnego dnia postanowiłem przynajmniej spróbować żyć. Wróciłem do rzeczywistości po śniadaniu, akurat dowiadując się od szambelana, że ojciec zamierza spędzić ze mną dzień.
– Naprawdę?
 Nie dowierzałem. Byłem pewny, że to służące będą się mną teraz zajmować. To aż niemożliwe, żeby mój tata postanowił przejąć rolę mamy i stać się moim opiekunem. Takim prawdziwym opiekunem, który faktycznie będzie się opiekować i troszczyć o swojego syna. Wyglądało na to, że chociaż jej nie kochał, pamiętał wciąż o tym, że jestem jego pierworodnym i mam w żyłach jego krew. Musiało mu więc mimo wszystko na mnie zależeć. Wiedziałem z książek, że tak już w życiu bywa, że kobiety się po prostu nie liczą, chyba że są matami, ale to też tylko na okres jakiegoś czasu. Tata potrzebował mamy, żebym ja przyszedł na świat, albo może byłem tylko wpadką… To i tak nie istotne. Mama odeszła, ale ja wciąż byłem i kto inny lepiej się mną zajmie, jeśli nie sam Wielki Książę? Zrobiło mi się weselej z myślą, że ojciec mnie dostrzegł i o mnie pomyślał. Nadal jednak nie prędko wyrzucę z siebie żal do niego o to, że dla mamy nie potrafił mieć już tyle serca.
– A co ma zamiar ze mną robić?
– Uczyć cię wszystkiego, o czym musi wiedzieć Mały Książę – zabrzmiał głos za mną. Obejrzałem się i zobaczyłem nadchodzącego tatę.
Wraz  szambelanem skinąłem głową, oddając mu pokłon. Musiałem pamiętać: dobre zachowanie, to dobra pamięć o mamie.
– Jak się czujesz? – zapytał niespodziewanie. Pewnie chodziło mu o to, czy nadal bardzo przeżywam…
– Dobrze.
Chwila milczenia, w której uniżony szambelan zostawił nas samych.
– Hn. W takim razie nie traćmy czasu. Chodź za mną.
– A dokąd idziemy?
– Udamy się na wschód pałacu, gdzie są położone place treningowe i ćwiczą wojownicy.
Zamarłem, otwierając szeroko usta.
– Poważnie?! – zawołałem z entuzjazmem. Pomysł był mega!
Tata, dostrzegając moją radość z uśmiechem odparł:
– Tak, poważnie.
Nie wytrzymałem. Zacząłem skakać i szczęśliwie krzyczeć „juhu!”, nie zwracając uwagi na tatę, który próbował przywołać mnie do porządku.
– Chiyru!
– Co? – Zatrzymałem się w miejscu, patrząc na niego i nic nie rozumiejąc. Zrobiłem coś nie tak?
– Przestań. Książę nie robi żadnego „ju-hu”.
– Nie? A co robi?
Odwrócił się, prostując w plecach.
– Zachowuje zawsze spokój i kontrolę. I kroczy przez świat z dumą.
Po czym zaczął iść zgodnie ze swymi słowami, wyprostowany i dumny. Postanowiłem być kropka w kropkę jak on i naśladować go.


– Chiyru! Patrz pod nogi!
Kompletnie nie zwracałem uwagi na otoczenie, chcąc iść jak tata. Nawet stwierdziłem, że jestem w tym tak dobry, że przymknąłem oczy, a wtedy nie zauważyłem tego, że idę wprost na kolumnę, o którą ostatecznie się uderzyłem.
– Nic mi nie jest! – powiadomiłem, ocierając zaraz obolały nos.
Kontynuując dalej swój dostojny pochód, znów zarobiłem łomot. Tym razem wpadłem na mur z widokiem na ogrody z fontannami. Ciepłe kropelki wody spadające z góry zdołały musnąć moją twarz. Stęknąłem, uderzając  w brzuch. Odwróciłem się szybko do taty z zażenowanym uśmiechem.
– Nic mi nie jest!
Nagle tata zaczął robić coś dziwnego. Przez cały ten czas naszą drogę stanowiły korytarze zabudowane z obu stron ścianami, lub arkadami kolumn, przez które prześwitywały piętra pałacu. Zupełnie nie spodziewałem się tego, że w pewnym momencie ojciec wskoczy na mur przetaczający się przez skalną ścianę, w jakiej dole wykute były okna komnat. Mur był na tyle szeroki, by momentami mogły go przepruwać rzeźby w postaci smoków, gryfów, feniksów lub lwów, ale też i na tyle wąski, bym się bał na niego wskoczyć. Obok niego nie było nic, jedynie wielka przepaść na wysokość nawet kilometrów. Gdybym spadł, zabiłbym się, jednak tata oczekiwał tego, że za nim pójdę. Widać musiała to być najkrótsza droga na wschód…
– Gdyby mama mnie teraz widziała…
Zaraz… w sumie to widzi! Cały czas musi mnie obserwować z góry, pomyślałem. Następnie popatrzyłem w sufit pałacu, który magicznie imitował niebo, sprawiając, że człowiek zapominał o tym, że jest zamknięty wewnątrz góry.
– To na pewno bezpieczna droga? – spytałem, próbując powstrzymać drżenie ciała. Szczerze powiedziawszy to podobała mi się ta adrenalina, więc starałem się przełamać strach i jak najlepiej wykazać przed ojcem. Pamięć jednak o zakazach mamy wciąż we mnie była i przez to miałem świadomość niebezpieczeństwa, która powodowała u mnie chwilami paraliż.
– O ile uważasz i pozostajesz skupionym. To ważne, byś jako Książę zawsze pamiętał o skupieniu. Mówiłem ci o kontroli, a tego typu sprawdziany choćby podczas zwykłego spaceru pomagają utrzymać ciało w ryzach. Jak i zwyczajnie umilić czas.
– Czyli… Książe powinien od czasu do czasu nie iść prostą i bezpieczną ścieżką, a po murze, z którego upadek grozi śmiercią?
– Dokładnie. Sprawność i odwagę buduje się z każdym krokiem. Wybieranie łatwiejszej drogi gwarantuje rozwiązłość i lenistwo, a nam zależy na byciu jak najlepszym. O śmierć się nie bój. Nie dam ci pofruwać.
– Mama by raczej tego nie pochwaliła. Nie pozwalała mi robić niczego, co niebezpieczne.
– Ponieważ się o ciebie bała. Najbliżsi zawsze to robią, dlatego staraj się nie dawać im powodów do zmartwień i ćwicz swoje ciało każdego dnia.
Nie mogłem przestać ekscytować się tym, jak tata mądrze mówi. Uważałem mamę za najmądrzejszego człowieka na świecie, ale tata też wydawał się być niczego sobie… Ależ ja miałem super rodziców!
– Skoro sprawdzamy twoje ciało, możemy też przy okazji sprawdzić twój umysł – powiedział nagle, po czym odwrócił się w moją stronę. – Nadążasz?
Byłem w tyle, ale tak, nadążałem.
– Tak, tak.
– Spokojnie, nie musisz się spieszyć. Uczyłeś się matematyki, prawda?
– Oczywiście. Razem z mamą wykułem tabliczkę mnożenia w jeden dzień i mama powiedziała, że…
– Ile jest siedem razy osiem?
Zamrugałem nim odpowiedziałem.
– Pięćdziesiąt sześć.
– A dwanaście razy dziewięć?
– Osiemdziesiąt siedem!
– Sto osiemdziesiąt dziewięć dzielone na dziewięć?
– Dwadzieścia jeden!
Tata na chwilę zamilkł, pewnie trawiąc moją godną podziwu wiedze. Czułem w sercu, że jest ze mnie dumny. Nie przestaliśmy iść po murze, ale nagle spacer stał się dla mnie lżejszy, jakbym stał się lekki jak piórko.
– A czy wiesz, czemu zapytałem cię właśnie o takie liczby?
Zaskoczył mnie. Zastanowiłem się chwilę, ale nie miałem zielonego pojęcia czemu. Moja odpowiedź była dla niego wystarczająco wymowna, by mnie olśnił.
– Armia Heylin liczy sobie ośmiu Głównych Generałów, którzy na polu walki podejmują decyzje. Każdy z nich ma po siedmiu ludzi, którymi zarządza, a oni zarządzają jeszcze innymi. Czyli masz: Kapitana broni, Kapitana dywizji, Kapitana brygady, Pułkownika, Podpułkownika, Porucznika i Podporucznika. Co daje nam pięćdziesięciu sześciu ludzi ważnych, którzy podejmują przeróżne decyzje i pamiętają o rzeczach, o jakich ich zwierzchnik, Główny Generał, nie musi pamiętać. Od liczenia broni w składzie, po ustalenie, kto nosi zapasy żywności. W wojsku masz dziewięć rang: bestia, czyli ci, którzy są świeżakami i przez najbliższe lata będą kotami, niezdolnymi do przeistoczenia się z powrotem w ludzką postać; pacholęta, inaczej zwane mięso armatnie, które w trakcie walki biega przy okazji z zapasowymi broniami dla wojowników; koci wojownik, czyli podstawowe siły; wyższy koci wojownik; Junfu, ten, który może jeździć konno w kawalerii; potem wojownik, który jest na służbie ponad dwieście lat staje się Daifu; po kolejnych trzystu latach awansuje na Chuanghzu; ten, który żyje ponad tysiąc lat i brał zawsze czynny udział w bitwach to Shuzhu; Jiangjun to najwyższa i ostatnia ranga. Dziewięć rang i dwunastu asów. Czyli na każdą rangę przypada ci na każdym egzaminie, który weryfikuje zdolności kandydata na awans, dwunastu specjalistów z wyższej rangi. Wojownika mającego awansować na Jiangjun sprawdzam ja.
– O kocie kloce! – Tyle wiedzy! Co jak tego nie spamiętam? – A co z ostatnim pytaniem? To – sto osiemdziesiąt dziewięć dzielone na dziewięć?
– Na to nie ma odpowiedników. Po prostu chciałem wiedzieć, czy z dzieleniem też sobie radzisz.
– Mam prawie całą matematykę w jednym palcu – zacząłem się przechwalać. Wszystko dzięki oczywiście kochanej mamie. – Liczby, miary i tak dalej mam opanowane.
– Czyli potrafisz przeliczyć bez problemu pięćdziesiąt pięć funtów na kilogramy?
– No jasne! To mniej więcej dwadzieścia pięć kilo.
– A gdybyś miał to do czegoś przyrównać?
– To jak cztery kamienie, albo… pięćdziesiąt osiem piłek do nogi!
– I tyle, ile przeciętnie waży mały chłopiec.
Zeszliśmy z muru, lądując na szerokim korytarzu bez dachu, ale z arkadami z marmuru. Byliśmy we wschodnich częściach pałacu, przez co miałem wrażenie, że słyszę już w uszach brzęk stali mieczy trenujących żołnierzy. Zobaczyłem, że tata się uśmiecha.
– Nie jest z tobą źle.
– No pewnie, że nie! Mama była świetną nauczycielką. Mówiła mi mnóstwo rzeczy o kosmosie, o przyrodzie, o krajach i obyczajach, a najlepsze jest to, że nigdy się nie nudziłem i…
– Mhm, cieszę się – przerwał mi, ruszając wnet do przodu. Zdziwiło mnie jego zachowanie. Zupełnie jakby nie chciał o tym słuchać, ale przecież chciał wiedzieć ile wiem?
Powlokłem za nim posłusznie, nucąc melodie pod nosem i rozglądając się co rusz na boki. Wreszcie nie musiałem się kryć i mogłem swobodnie wędrować ścieżkami, które wcześniej były dla mnie zakazane. Obserwowałem z cynicznym uśmieszkiem, ja szambelani wytrzeszczają oczy na mój widok, a po chwili oddają pokłon mi i ojcu. Nie mogłem się doczekać, aż już znajdziemy się na miejscu. Byłem taki szczęśliwy, dlatego, że czułem się przy tacie taki ważny i mądry, tak, jak prawdziwy Książę, że zdołałem całkiem zapomnieć o śmierci mamy. Nagle dzień stał się taki jasny i fajny, jakby nigdy nie sięgnęła mnie żadna tragedia i obce było mi pojęcie smutku.
– Jesteśmy – zawiadomił i wówczas ogarnął mnie szok wymieszany z jeszcze większym szczęściem.
Staliśmy na balkonie położnym nad wielkimi arenami, na których trenowali wyżsi koci wojownicy. Musieli zmagać się ze sobą już jakiś czas, bo poruszali się wolno, jakby byli właśnie zmęczeni.
– Ale super!
Tata oglądał ich w milczeniu i w zastygnięciu. Ja wychylałem się znad bariery, by dojrzeć jak najwięcej. Wojownicy walczyli na miecze, lub na włócznie. Z wyglądu byli przeróżni. Niektórzy mieli skóry kremowe jak ciasta, inni czarne jak ziemia, a jeszcze inni wyglądali normlanie, jak ludzie, czyli byli żółci i mieli skośne oczy. Choćbym spędził tam wieczność, nigdy wszystkich bym ich nie opisał.
– Nie zejdziemy  do nich? – zapytałem, gdy staliśmy tak już z parę minut.
– Nie ma potrzeby. Z tej odległości wszystko doskonale widać.
– Ale… to nic z nimi nie będziemy robić? – Nie tego oczekiwałem. Myślałem, że może też z nimi potrenujemy. Chciałem wykazać się przed ojcem, a także nauczyć się od niego zdolności fizycznych.
– A co chcesz z nimi robić?
– Bawić się…? – Łypnąłem na niego oczami wypełnionymi wielką nadzieją.
Prychnął pod nosem, uśmiechając się.
– Wojownicy to nie najlepsze towarzystwo do zabaw. Bynajmniej nie dla Małego Księcia.
– Ale widziałem nie raz jak służące się z nimi bawią w berka! To co, ja nie mogę? Służące mogą, a ja nie? Myślałem, że jestem ważniejszy.
– Bo jesteś, ale z wojownikami nie będziesz się bawić tak, jak bawią się z nimi służące…
– A ty się bawisz z wojownikami?
Wyglądał, jakby się wahał przed odpowiedzią, lub gorączkowo nad nią myślał.
– Dla mnie i dla nich najlepszą zabawą jest walka. Zatem jak już, to bawimy się razem na polu walki z naszymi wrogami.
– Czy ja w takim razie będę mógł pobawić się tak z wami?
– Nie – odrzekł natychmiast. – Ty nie będziesz brał udziału w bitwach póki nie dorośniesz.
– A kiedy dorosnę?
– Kiedy będziesz duży.
– A kiedy będę duży?
Zamilkł. Chyba przegiąłem z tymi pytaniami.
– Na to pytanie mama też nie znała odpowiedzi. Mówiła, że bardzo długo byłem niemowlakiem. Śmiała się, że panikowała nawet, że nigdy z pieluch nie wyrosnę. Potem się o dziwo unormowało ze mną i lekarze mówią, że rosnę  jak normalny człowiek. Więc może za dziesięć lat będę dorosły. Ale co wtedy? Jestem ciekaw w jakim wieku przestanę się starzec i będę zawsze taki młody, jak ty, albo jak mama. Mama była zawsze taka ładna dzięki temu, że była młoda. Mama była chyba najpiękniejszą dziewczyną na tym świecie. W sumie to nigdy nie powiedziała mi, kiedy…
– Chiyru… – znów mi przerwał, ciężko wzdychając. No co? Co go tak gryzło? – Przeszłość to czas miniony, na jaki nie mamy wpływu, więc wszelkie minione wydarzenia zostawiamy za sobą. Książe nie patrzy za siebie i nie daje się omotać wspomnieniu. Liczy się to, co jest teraz, oraz to, co może nadejść.
– Jak to…? To znaczy, że nie mam mówić o mamie?
– Zgadza się.
– Ale… Ale to mama… Każesz mi o niej zapomnieć?
– Każe ci przestać o niej myśleć, bo rozpamiętywanie jej nie przyniesie ci niczego poza bólem. Pamiętaj o tym, czego cię nauczyła, lecz ani myślą, ani słowem nie przywołuj jej osoby.
– Ale… – Nie mogłem uwierzyć w to, co ode mnie żądał. To było okrutne! Mama powinna nas teraz łączyć, a nie dzielić! – Miałem nadzieję, że razem o niej poopowiadamy, że dowiem się tego i… tamtego…
– Nie ma o czym mówić – skończył krótko i nie pozwolił mi więcej droczyć tego tematu.

Poczułem pieczenie w oczach i przypływ łez. Nie chciałem zapomnieć o mamie, a jeśli nie będę o niej myśleć, to to mnie właśnie spotka. Zatrzymałem kroku patrząc na idącego bezwzględnie w ciszy ojca. Czy on naprawdę potrafił tak łatwo o niej zapomnieć i bez niej żyć? Wówczas wziąłem pod uwagę jego wiek i to, że przez jego życie mogło się przewinąć już tyle istnień, tyle śmierci, że nawet śmierć mamy mogła nie robić mu różnicy… Co oznaczało, że jeśli jestem do niego podobny i prawdziwe jego synem, skończę tak samo…

2 comments:

  1. Jeżeli pisałaś to przy braku weny... jestem zazdrosna.

    Chase tata - miodzio. Szkoda tylko, że nie przytulił biedaka ani nic... tylko o matematykę pytał, no super. xD

    ReplyDelete
    Replies
    1. Owszem pisałam, ale 7 stron tego miałam napisane jeszcze w wakcje, kiedy weny miałam sporo. ;p
      Kimi dużo tuliła synka. Chase będzie to robić mniej, bo to on. ;x Nie czep się matmy. Xd co to za władca co liczyć nie potrafi?
      Kurcze jak tak myślę o Kimi to mi w sumie szkoda, że już nigdy nie napiszę jak go kąpie...

      Delete