Tuesday, January 31, 2017

Trofeum księcia Heylin cz. 2




Któż się spodziewał (na pewno nie ja), wreszcie druga część! ;p




Brutalna prawda o tym, co zaszło w ruinach świątyni, przeszyła zmęczony umysł na krótko, nim Kimiko rozwarła zlepione ropą powieki, by ujrzeć rozpościerającą się wkoło pustynię żwiru i piasku. Gdzieniegdzie z ubogiej w minerały gleby wyrastały właściwe dla tybetańskiego klimatu kępy traw i zielsk. Koci wojownik niósł spętaną sznurami dziewczynę, a ona – leżąc bezradnie – przeklinała liny – niewidzialne, acz boleśnie wżynające się w skórę nadgarstków oraz kostek. Ponadto osłabienie trawiącą gorączką potęgowały dające się we znaki ostre promienie słońca wysoko świecącego na niemal nagim niebie.
Z trudem układała rozproszone strzępki myśli w miarę spójną całość, skoro każda z nich zawieruszyła się w innej części umysłu, zatruwając go bolesnymi wspomnieniami ostatnich godzin, szyderstwami, wreszcie pytaniami o to, czy desperacki wybór nie zaprowadził na dno? Bezsilność wysysała z duszy okruchy odwagi.
„Co ja narobiłam? Powinnam odejść z honorem jak inni...”
Jednak było już za późno – teraz musi stawić czoło konsekwencjom decyzji.
Brnęli w mączystym kurzu, którego ruchy powodowały wolno uderzające o ziemie kopyta konia kroczącego nieopodal, doprowadzając tym kobietę o wysuszonym na wiór gardle do ostrego kaszlu. Przez zasłonkę pyłu majaczyła postać siedząca wygodnie na wierzchowcu skradzionym ze stajni zniszczonej świątyni. Czerniejąca złowrogo sylwetka na tle jaśniejącego nieba, dumnie wypięta pierś… przypuszczalnie błyszczące żywym złotem ślepia wbijające się melancholijnie w horyzont, jakby Chase Young rozważał kondycję śmiertelnika zmiażdżonego materią wszechświata. A może tylko upajał się marzeniami o kolejnym, rychłym sukcesie?
Upał dokuczał mocniej, a nic nie wskazywało na to, że mężczyzna raczy obdarzyć jeńca spojrzeniem, aby łaskawie ulżyć mu w cierpieniach. Z oddali dochodziły śmiechy sprzymierzeńców księcia, a także chrzęst robotów Jacka poruszających się po trudnym terenie. Złoczyńcy dobrali się w pary, tworząc wąską karawanę.
„Jeżeli ten sukinsyn nie da mi pić, umrę!”, myślała gorączkowo, zastanawiając, w jaki sposób zwrócić na siebie jego uwagę.
Spróbowała kopnąć kolanami tygrysa w bok, lecz nie zareagował. Przeklinając szpetnie pod nosem, naprężyła wszystkie swe mięśnie, prostując nogi, zginając grzbiet i formując kołyskę. Kilkoma ruchami rozbujała się na tyle, żeby ześlizgnąć się ze zwierzęcia, a następnie upaść boleśnie głową w przód na ziemię, tuż obok kilku małych, ale ostrych kamieni. Bestia zawarczała groźnie. Jednym susem znalazła się przy związanej dziewczynie, przewracając ją na plecy ogromną łapą. Ktoś rzucił w stronę mniszki opróżniony dzban pochodzący z ruin Xiaolin. Parę kropel, jakie się z niego wylało, momentalnie wsiąknęło w ziemię. W kącikach oczu błysnęły łzy.
„Złodzieje!”
Wtem czyjeś silne ręce pochwyciły Kimiko i uniosły w górę tak, że stanęła na zgiętych nogach, chwiejąc się. Książę ciemności bez słowa poprowadził jeńca do stojącego na ścieżce rumaka, a chwile później uwolnił mu stopy z niewidzialnych sznurów ku ogromnemu zdziwieniu – a także niewysłowionej uldze – smoka ognia. Ku jeszcze większemu zdziwieniu przywiązał ręce wojowniczki niezwykle mocno do popręgu.
„Chyba nie każde mi iść całej drogi pieszo?!”, panikowała, oburzona podłym traktowaniem.
Ten zaś, nie obdarzając jej choćby słowem, wskoczył na siodło, popędzając konia. Mimo choroby, wleczona za zwierzęciem, musiała dostosować się do narzuconego żwawego kroku, choć ledwo wyczuwała ziemię pod sobą.
Słońce prażyło, wysuszając usta spragnionej dziewczyny, modlącej się o litość. Do bólu przebiegającego wzdłuż kości i skóry prędko dołączyła udręka spowodowana nadwyrężaniem wymizerniałych mięśni nóg.
Wyściełana kamieniami powierzchnia odrywała się od stóp; Kimiko doznała wrażenia unoszenia się w obłokach kurzu, jakby płynęła, a otaczające ją białe światło gasło coraz bardziej, podobnie zresztą jak stale cichnące dźwięki towarzyszące zwycięskiemu pochodowi w zdobywaniu kolejnych wzniesień.


***

– Panie, ona jest zbyt słaba – zauważył koci wojownik, z pogardą taksując omdlałego wroga, dotąd bezwiednie szurającego stopami, ciągnącego przez rumaka księcia. – Zabijmy ją.
– Nie – ukrócił Chase Young, przyłożywszy Kimiko dłoń do czoła.
Wyobrażenia zbliżających się uniesień skutecznie odganiały pomysł poderżnięcia Kimiko gardła. Wyjął zza pazuchy menażkę, którą przechylił, by chłodny strumień wlał się w na wpół otwarte usta Japonki. Zajęczała parę razy, ale zamlaskała językiem, co mężczyźni wzięli za dobry znak – odzyskiwała przytomność. Książę, nie bez satysfakcji, przyjrzał się jej dokumentnie, jakby ten akt miłosierdzia napełnił go przekonaniem co do własnej łaskawości.
– Zbliża się wieczór. Niech przygotują obóz – zakomenderował bez mrugnięcia.
Koci wojownik pokłonił się głęboko i pobiegł na tyły karawany, wydając stosowne polecenia. Chase tymczasem zobaczył, iż dziewczyna wykazuje zbyt dużą zachłanność w spijaniu wody, oderwał zatem naczynie od jej ust. Powinien trzymać wroga w ryzach. Wyswobodził Kimiko z zaczarowanych sznurów, przechwycił ją i poniósł w stronę kupki kamieni pokrytych zwiędłym mchem.
Zakasał rękawy. Słońce szybko schodziło z horyzontu, a złociste, łagodniejsze promienie padały pod tym szczególnym kątem, wydobywającym z konturów twarz śmiertelników osobliwe piękno: rozjaśnioną karnację, wydłużone cienie rzęs pląsających po policzkach w takt trzepotu powiek.
Osmolona wrześniowym żarem ziemia gotowała się na odpoczynek. Delikatny powiew wieczornego wiatru powitał powonienie wojownika słodyczą świeżości. Zerknął na prawo, uśmiechając się na widok dostrzeżonego skraju zagajnika.
– Panie. – Powrócił drugi koci wojownik, odrywając księcia od rozważań. – Oto lekarstwo dla jeńca.
Maximus wyciągnął przed siebie woreczek z leczniczymi ziołami.
– Świetnie – mruknął Chase, nie pokusiwszy się, aby odebrać zawiniątko. – Rozpalcie ognisko i sporządźcie dla niej napar.
Lustrował bystrym wzrokiem otoczenie. Wskazał palcem na ocienioną cyprysami połać traw.
– A tam stanie nasz namiot – dodał beznamiętnie.


***

Heylin armia podzieliła się na kilkanaście mniejszych skupisk, pilnowanych rzecz jasna przez kocich niewolników przechadzających się tam i z powrotem z udawaną opieszałością. Chase planował zlikwidować swoich sojuszników, gdy tylko okażą się niepotrzebni. Na pierwszym miejscu na liście umieścił czarownicę Wuyę i idiotę Spicera, machających mu od czasu do czasu z drugiej części obozowiska. Posilali się fasolą owiniętą pszennymi plackami ugotowanymi przez robota Jacka znanego w środowisku przestępczym jako irytującego osobnika na każdym kroku “udawadniającego” ponadprzeciętną inteligencję.
Książę kręcił z politowaniem głową, póki nie wrócił do telepatycznego wymieniania się spostrzeżeniami co do podboju świata. Kompani popierali swego pana: dzisiejszego dnia nadrobili sporo mil, a skoro tak, dotrą szybciej do świątyni Guana.
Żądza krwawego zwycięstwa rozsadzała ekscytacją żyły księcia Heylin. Pragnienie podboju rosło wprost proporcjonalnie do innego, tego łączącego się z członkinią ohydnego Klasztoru Xiaolin. Związała się z nim na zawsze, ofiarowując swe dźwięki do wyłącznej dyspozycji. I dla małej maskotki Young znalazł rolę w swoim planie. Rozciągał usta w lekkimi półuśmiechu, mląc w palcach trawę. Powetuje sobie z nawiązką wszystkie bitwy, jakie przegrał w starciu ze smokami żywiołów.
Kimiko siedziała w środku kręgu stworzonego przez Chase’a i jego szczególnie zaufanych kotków, przy garnku umieszczonym na trójnogu. Zioła zadziałały; gorączka minęła, stąd zmuszono dziewczynę do zajęcia się odpowiednim dla jej płci zajęciem. Obserwowana bacznie przez otoczenie wlepiające w nią łakome spojrzenia, odcedzała ryż, co bynajmniej nie należało do prostych zadań przez wzgląd na ciasnotę i docinki mężczyzn.
– Spójrzcie no na tę szatkę – prychnął wojownik, do jakiego zwracano się Jebak. – Mnisia, dziewicza. – Aluzyjnie poruszał brwiami, zerknąwszy na pana.
Kimiko odnotowała ciepło zalewające ją od szyi aż po korzonki włosów.
„Błagam, nie brnij w to…!”
Chase ani nie pochwalił, ani nie zganił wojownika. Obojętnie podchodził do grubiańskich, gwałtownych instynktów, jakimi słudzy lubili folgować.
– Ach, kobiety! – Rozmarzył się niejaki Victor, zaciągając słowa z rosyjskim akcentem. – Pamiętam, kiedy walczyliśmy z Turkami. Pewnego razu podpalili nam spichlerze, więc my w odwecie zgwałciliśmy im bez wyjątku najładniejsze kobiety.
Jebak poklepał go serdecznie po plecach, śmiejąc się obleśnie.
– Dobrze zrobiliście. Cipy za pożywienie. Wymiana w naturze!
– Ba! – dodał Maximus, wznosząc pucharek z miodem pitnym. – Zresztą to dużo prostszy, szybszy, zawsze kończący się sukcesem sposób na opróżnienie jaj niż cały ten romantyzm, a fe!
– Zgadza się. – Przytaknął Rosjanin, znajdując dostatecznie dobry powód rozgrzeszający przeszłe czyny. – Młodzi, zdrowi mężczyźni nie powinni żyć jak zakonnicy. Natura się domaga, trzeba jej słuchać. Gorąca krew to nie maślanka.
„Popierdoleni zwyrodnialcy!”, komentowała w niemym wzburzeniu Kimiko. „Usprawiedliwiać się naturą… puszyć się brakiem opanowania! Zwierzęta!”
Chase nadal milczał, wpatrując się w rozsrebrzone nocne niebo. Tak jakby ciało przebywało tu, w dolinie, ale duch wędrował po odległych wszechświatach, osiągąc prędkość ponaddźwiękową, eksploatował nieznane śmiertelnikom lądy. Japonkę, spotykającą się z jego lekceważącą postawą, o dziwo ubodło rozczarowanie. W jej mniemaniu na tak honorowym, nieskalanym gwałtem człowieku ciążył obowiązek ostudzenia niezdrowego podniecenia kompanów. A tymczasem nie wychylał się z rozkazem – który przecież nie przeszedłby bez echa!, na przodków, on jest księciem! – o zachowanie powściągliwości, z czystej wszak przyzwoitości.
Wtem drgnął, jakby wyłapał nieartykułowane pretensje pod swoim adresem. Przeciągnął się leniwie, układając się wygodniej w wydrążonej skale imitującej oparcie fotela.
– Bezwstydnicy, nie mówi się o takich rzeczach przy młodych dziewczętach. Zwłaszcza mnisiego stanu… – powiedział obłudnie skromnym tonem, od którego Kimiko prawie zapadła się pod ziemię.
„Dobra, już ty lepiej wrócić do swoich gwiazd!”,
Tknięta do żywego bez piśniecia usługiwała ordynusom, wiedząc przecież, że jeśli nie uczyni tego, czego od niej oczekiwano, narazi się. Nalewała im trunków i nakładała na talerze kawałki mięsa, połykając ślinę samoistnie wzbierającą się w ustach. Pochłonieta wykonywaniem poleceń nie dostrzegła wygłodniałych spojrzeń od czasu do czasu posypujących się gradem na jej biust.
– Jebak, wspominałeś zdaje się o szatkach? Na jutro wykombinujemy naszej nowej przyjaciółce inne ubranka, niedziewicze – podchwycił Victor, węsząc okazję do zabawienia się kosztem upadłej mniszki.
– Skąd wiesz, czy ktoś jej już nie wpakował? – wyraził wątpliwości Jebak, grzebiąc palcem w miseczce soczewicy. – Ten brazylijski pies się wkurwił, jak mu oświadczyła, że zostanie dziwką Jego Wysokości.
– Pewnie lubi trójkąty. Wieśniak ruchał jej usta, Sraimundo poszerzał dziurę. A wszystkiemu przyglądały się staruchy, waląc konia, hę? – dopowiedział towarzysz, śmiejąc się w głos.
Przed Kimiko stanęły dwie możliwości zareagowania na poniżenie: dokończyć szykowanie strawy, aby następnie potulnie się pokłonić zwycięzcą, albo zaatakować. Wybrała drugą opcję, policzkując niewolnika, do którego należało ostatnie słowo. Incydent wywołał ogólną radość wśród zgromadzonych i pewnie na pouczeniu by się skończyło, gdyby pchana odwetem dziewczyna nie napluła mężczyźnie w twarz i nie zaczęła go drapać oraz gryźć.
– Ty szmato! – krzyknął Victor, odpłacając się równie dotkliwym uderzeniem.
Japonka zachwiała się, ale nie skapitulowała. Kopnęła oprawcę, nim do walki włączyli się jego bracia. Chwycili bezczelną smarkulę za nadgarstki, a kilku w ramach wcześniej prowadzonej dyskusji nagle zapragnęło sponiewierać jeńca w sposób, jaki może to uczynić zgraja zezwierzęconych wojowników.
– Dajcie tę kurwę!
– Połamię jej nogi!
– Spenetruję ją kawałkiem drewna!
Kimiko zamknęła oczy, czując na ustach smak brudu i krwi wojownika, któremu przed chwilą zębami przebiła skórę. Możliwość gwałtu wyzwoliła w niej nowe pokłady energii. Nie odda ciała bez walki. Nie zdążyli jednak rozewrzeć ud dziewczyny, bo niespodziewana siła przewróciła katów, upadłą mniszkę zaś odrzuciła dwa metry dalej. Plątanina krzyków i ryk zagłuszyły ją, kiedy sprzed oczu odganiała migotanie. Srebrzyste światło pękatego, pooranego bruzdami księżyca zalewało ziemię miękkim, zimnym potokiem, przez co dałoby się ponieść fantazji, iż świat zamarzł w jego promieniach.
Wrzawa ucichła. Na kostce Kimiko zacisnęło się coś giętkiego i szorstkiego, co pociągnęło ją po zwilgotniałym piasku wsypującym się w usta. Jak na śniegu za Japonką powstał ślad, gdy jej ciało posuwało się po podłożu. W polu widzenia pojawili się wojownicy, teraz dość niegroźnie poturbowani. Jebak i jego kolega wpatrywali się we wleczoną po ziemi dziewczynę jak na robaka.
Ognisko się oddaliło, pozostało zaledwie jarzącym się punktem składającym się na element paciorka reszty mniejszych obozowisk. Wiedziała, dokąd jest prowadzona i przez kogo. Westchnęła z rezygnacją, cierpiąc z powodu głodu, upokorzenia i strachu. Oddałaby wszystko, byleby wrócić do ciepłej maty swego prowizorycznego, świątynnego pokoiku. Nozdrza podrażnił zapach cyprysów. Ucisk na nodze ustąpił, kiedy Kimiko przekroczyła wejście namiotu. Świat nagle ucichł poza żałosnym łkaniem upadłej mniszki. Chase nie pozwolił jej się mazać, odwracając kłopotliwą pannicę na plecy. Wzdrygnęła się, ujrzawszy górującego nad sobą jaszczura. Złoty blask jego oczu rozpraszał półmrok. Adrenalina ustępowała, a odpływając, pozostawiała po sobie świadomość ran, które niewolnicy zdążyli jej zadać, zanim Chase użył dyscypliny. Na kolanie i biodrze z pewnością wykwitły bordowe plamy.
Zielone łuski, zakrzywione szpony, ostre kły i ogon zniknęły na rzecz poważnej miny księcia. Zdawał się oczekiwać przeprosin, ale Kimiko ani myślała przepraszać. To jego wina! Napluje w twarz i jemu, jeśli tylko spróbuje ją tknąć.
„Spalę ten obóz i ucieknę!”, zaperzyła się w duszy, wyobrażając sobie głowę Younga nabitą na pal. Tak, ten widok dodawał swoistej otuchy.
Wówczas Chase uczynił coś, czego nigdy by się po nim nie spodziewała: pochylił się lekko, z szczerym głosem wypowiadając:
– Wybacz. Ten atak nie powinien cię spotkać. Jesteś jeńcem, w dodatku pod moją opieką, nie niewolnicą, którą do woli miesza się z błotem.
Niebieskie oczy Kimiko niemal wyskoczyły z orbit i potoczyły po podłodze. Nie wierzyła w dobre intencje Chase’a. Owszem, kierował się honorem, ale przecież nawet jego honor musiał mieć jakieś granice, identycznie jak cierpliwość.
– Ja… – wyjąkała, lecz wojownik wszedł jej w słowo.
– Inne koty przyniosą ci jedzenie. Nie bój się. Kiedy skończysz, weź kąpiel i czekaj na mnie.
Prosty rozkaz, zero szansy na sprzeciw. Zdarzenia toczyły się zbyt szybko. Chase wyszedł z namiotu, czy to naumyślnie, czy przez nierozwagę zostawiając jeńca bez straży. Minęło parę sekund, nim dziewczyna zdołała wprawić drgające kończyny w ruch i wstać. Oszołomienie nie ustępowało, pomimo kołaczącego po umyśle hasła: „ucieczka!”. Rozejrzała się z obawy do tego, co kryje się w zaciskającym pętle półmroku. W ogromnym namiocie stały koksowniki, jarzyły się w nich resztki pachnącego drwa, dające wątłe światełko. A między nimi rysowało się łóżko. Futra i skóry napawały lękiem. Odwróciła prędko głowę, prześlizgując wzrokiem po zgiętym w harmonijkę parawanie. Wyzierała zza niego duża, cynowa misa, służąca za wannę. Z przeciwległego kąta wyłaniał się z ciemnoniebieskich oparów nocy stojak na zbroję. Cienie cyprysów tańczyły na materiale namiotu. Kimiko nasłuchiwała; piski gryzoni, kumkanie żab, żerujące ptaki. Wreszcie woń pieczonego mięsa dochodząca tu aż z obozowiska. Burczenie w brzuchu pogłębiło wrażenie przemożnej ciszy, podobnie jak nocny koncert zwierząt i odległe hałasy biesiady. Jednak wojowniczka nie zwracała uwagi na głód, bo oto otworzyła się przed nią realna szansa, a głupstwem byłoby ją zmarnować. Przebiegła obok koksowników, uderzyła kolanami o ziemię i oceniła szpaler między żwirowym podłożem, a jedną z płacht. Szukała śladów po kocich wojownikach – jakiś śmichów, szeptów bądź miękkiego stąpania łap. Ale cienie drzew zdawały się jedynymi obserwatorami ucieczki Japonki, wobec czego z zapałem zabrała się za odgarnianie ziemi, popędzana mijającymi sekundami, tak cennymi przecież i potrzebnymi do realizacji śmiałego planu. Powiększała drogę do wolności, nie bacząc na nic. Szafirowy blask sączący się z zewnątrz równał się odzyskaniu praw człowieka, swobodnego w myślach i działaniach.
„Schować się w zagajniku, zaszyć pod jakąś skałą, pomknąć do Guana.”
Wtem zaprzestała pracy, oblewając się od głowy do stóp upiornym przeczuciem niczym kubłem zimnej wody.
„Nie zdążę dotrzeć do Guana. On zaraz tu przyjdzie. On dysponuje armią. On przeszuka zagajnik, nim zacznie świtać, a kiedy znajdą, o n mnie zabije…”
Zabije. To ostatnie słowo odbiło się echem po duszy dziewczyny, szarpiąc struny odpowiedzialne za postrzeganie strachu. Pozornie łatwa ucieczka do zagajnika jak by się skończyła? Kiedy rozbijano obóz, zauważyła, że poziom wody w pobliskim korycie rzeki był za niski i taki pozostanie, dopóki nie zasilą go zimowe deszcze. Wykorzystanie nurtu zatem odpadało. Nie znała tych okolic, w przeciwieństwie do obieżyświata Chase’a, który wydeptał zapewne każdą ścieżkę w Chinach. Górami także nie mogła się ratować przez wzgląd na odległość dzielącą ich szczyty, a cyprysowy zagajnik. W pół godziny nigdy nie zdoła się zbliżyć do nich na tyle, aby umknąć kocim wojownikom.
Spojrzała prawdzie w oczy: należała do księcia, sama zaproponowała życie za wolność, a on przystał na te warunki, choć nie musiał. Zawdzięczała mu życie. Słyszała jego rozmowę z kotkami – posłuży się nią jako maskotką, zademonstruje przed Guanem niby starannie wyczyszczone i wypolerowane trofeum wyłącznie w celu zranienia przeciwnika.
– Cokolwiek uczynię, przegram – wydusiła, zaczynając godzić się z porażką.
Wahała się minutkę, zanim zasklepiła świeżo wydrążony kanał. Rachitycznym krokiem podążyła tam, gdzie osamotnił ją książkę. Spryciarz, nie musiał mobilizować wartowników do pilnowania skarbu.
„On przewidział moje obawy…”
Uklękła, pochyliła czoło, a wyobrażając sobie ołtarz świątynny, modliła się o wyzwolenie albo chociaż siłę konieczną do przetrwania. Modliła się też po raz ostatni do Buddy. Ostatni, gdyż wiedziała, że już nie będzie więcej mogła tego robić, bo d o b r o w o l n i e odda ciało. Zgrzeszy: ona, wojowniczka powołana nie do małżeństwa, ale do zakonu i ochrony świata przed siłami Heylinu. W dodatku zrobi t o przymuszona tchórzostwem.
Za młoda na śmierć, zbyt dumna na żywot dziwki. Jak pogodzić siebie samą z nieidealnym, brudnym światem prowokującym ekstremalne sprzeczności? Jak widzieli ją przyjaciele, gdy umierali? Czy dokładnie tak jak koci zbrodniarze – jako słabą, sprzedajną wywłokę? A Chase? Z pewnością wolałby zginąć godnie okrutną śmiercią niż godzić się na hańbę. Dziś w nocy jej nie popuści. Zapragnie od razu uczynić uległą, napawać się najprzyjemniejszą dla ciała konsekwencją podboju podłego klasztoru, trzymając w ramionach tę pozbawioną praw wylęknioną istotkę.
Nauczyła się oceniać sytuacje niczym zawodowy strateg, toteż przyjęła barwy, jakimi los malował przyszłość. Gdyby się przeciwstawiała, cierpiałaby bardziej. Akceptowała beznadziejność sytuacji, ponieważ zrozumiała, że nie wywinie się przeznaczeniu. Powinna przyjąć go takim, jakim go otrzymywała. Nie bez powodu utarło się powiedzenie: „biorąc strój nowy, zapomnij o starym”. Skoro nie da rady wykorzystywać honoru jako mniszka Xiaolin, znajdzie nowy sposób na przyzwoite życie. Kluczem do niego jest przeformułowanie dotychczasowego systemu wartości. Niegdyś na szczycie piramidy plasowała się wiara, duma i czystość intencji, a teraz ustępowały miejsca pokorze wobec silniejszego i sprytowi. Przyzwyczai się do nowej roli, dzięki czemu przestanie zauważać w obecnej sytuacji coś upokarzajacego, plamiącego dusze, depczącego godność. Przyzwyczajenia przytępiają zmysły i rozum. Przyzwyczajenia pomagają żyć wbrew sumieniu.
„A jeśli mu się spodobam, nie porzuci mnie”, przemknęło jej przez myśl i natychmiast się wzdrygnęła.
Czy potrafiłaby udawać, że staje przed Chase’em Youngiem jako przed kochankiem z bajek, żeby sprostać jego oczekiwaniom? Czy pozwoli mu się rozebrać i dotknąć, by ten rozpłomienił jej zmysły? Umiałaby go uwieść? Nigdy nie miała kontaktów z mężczyzną, nie wiedziała więc, jak się zabrać do t e g o. Nie jest nastolatką bezmyślnie poddają się wątpliwemu czarowi chwili i rozstawiającą ot tak bez skrupułów kolana przed ruchającym ją na kanapie facetem. O nie, kochanek Kimiko należał do grupy wyrachowanych, wybrednych lubieżników, poniewierających przyrodzeniem na lewo i prawo. Jako ich honorowy członek obmacywał łona kobiet, wpakowywał się w nie, wgryzał w płatki uszu.
Dziś w nocy będzie patrzył. Na nią. Patrzył i porównywał do tamtych. A jeśli mu nie przypadnie do gustu, porzuci plany uczynienia Kimiko swoim skarbem, wykona odroczony w czasie wyrok.
„Zresztą mistrz Guan na pewno zdąży mnie ocalić”. Chwyciła się tego pragnienia jako ostatniej deski ratunku. „A na razie muszę grać…”
Powinna dostosować się, a skoro nie jest kobietą uczciwą, bo podstępem wykupiła się z rąk śmierci, nie może oczekiwać, aby Chase traktował ją jako czystą i niewinną. Jeżeli zmusi Japonkę do płaszczenia, ona z uśmiechem na ustach spełni polecenie, a przy odpowiednim użyciu sprytu, dobije korzystnego targu.
„Na brodę Dashiego, czy ja serio zamierzam licytować się o tę przeklętą błonkę?!”
Nie zdążyła się zrugać, bo oto pojawili się koci niewolnicy. Z polecenia Jego Wysokości nieśli strawę i wiadra z gorącą wodą. Zareagowali śmiechem, zastawszy klęczącą w pokłonie, nieruchomą mniszkę, przywodzącą skojarzenie żony potulnie czekającej na powrót męża. Ewentualnie kurtyzany wypatrującej klienta.
– Tęsknisz za panem, kochanie? – zakpił ten, który niedbale postawił na ziemi miskę ryżu z soczewicą.
„Tak to sobie tłumaczcie, ścierwa.”
Pozostali dwaj udali się za parawan, gdzie przygotowali Kimiko kąpiel, wylewając zawartość kubłów do cynowej bali.
– Pośpiesz się – warknął na odchodnym najwyższy z nich.
Dopiero kiedy na żwirowej drodze ucichło ciężkie stąpanie i brzęk oręża, Japonka złapała za miskę, garściami wpychając do ust jedzenie. Wylizała do cna naczynie z rozgotowanego na kleik ryżu, żałując, iż nikt nie zaproponuje jej dokładki. Ze względnie zapchanym żołądkiem lepiej układać plany, a teraz stanęła przed trudnym wyborem, nie tak oczywistym na pierwszy rzut oka. Wziąć kąpiel czy zlekceważyć rozkaz? Cichy głosik, z pewnością ulatniający się opar moralności, podpowiadał, że zakurzonego, spoconego jeńca nikt nie zechce przelecieć. Ten głos ścierał się ze świeżym wspomnieniem rozszalałych z mściwego podniecenia kotów. Co poniżało bardziej: świadomość mycia się z łaski wroga, by mu usługiwać, czy pewność, iż brudna nie wzbudzi w nim pragnienia, a po wątpliwie przyjemnym stosunku on zabije dziewczynę, zamiast zachować przy życiu?
„Głupia jestem… życie ważniejsze… skończ z tą dziecinadą! Nikt mnie nie oceni, bo nikt nie ma prawa do tego. Koci wojownicy? Chase? Jack…? Phi, ich sędziowie podziemia nie skazali na odrodzenie się w ciele kobiety… Nie dotyczą ich problemy szpary i błony…”
Zastanawiając się, co takiego uczyniła w poprzednim wcieleniu, powlokła się do prowizorycznej wanny, prędko ściągając z siebie klasztorne szaty. Pod luźną, czerwoną bluzą z długimi rękawami i płytkim dekoltem kryło się smukłe ciało o wyraźnie zaznaczonych mięśniach brzucha i wcięciu w talii, owinięte w strategicznym miejscu czarnym stanikiem. Kołysały się w jego miseczkach miękkie piersi, falowały we wzburzeniu, jakby wyrażały protest przeciw dotykaniu ich obcymi łapskami.
Choć pogodzona z losem, nadal się bała. Obok leżał kawałek mydła. Ślizgał się w palcach bardziej niż jakiekolwiek kostka mydła przed nim, gdyż zdenerwowanie dziewczyny czyniło jej ruchy niezdarnymi. Pociągała nosem, polewając się gorącą wodą.
„Przeklęte łzy…”
Próbowała przypomnieć sobie te wszystkie filmy i seriale, w których pary rzucały się sobie w ramiona, obściskiwały, zdzierały ubrania. Następowało zaciemnienie i już scena ocenzurowana kołdrą: on leży na niej, oboje sapią i pocą się jak w chorobie. On przyśpiesza, spina twarz w tym groteskowym skurczu, jakby cierpiał na zaparcia, a ona wyznaje mu miłość i dziękuję za miłe przelecenie. Ckliwa melodyjka, jakiś popowy utwór w tle. Ot i cały stosunek.
„O rany, jakie to przereklamowane i schematyczne…”, pomyślała, chcąc się rzecz jasna pocieszyć, a wówczas – przez ułamek sekundy – mignęły Kimiko zlepki innych scen, mrocznych i boleśnie przykrych. Ona w potarganych włosach krzyczy i płacze, woła ratunku, lecz nikt jej nie słyszy. On, wcielony zwyrodlaniec, przygniata ją jak pies pokrywający sukę, poddając się przyjemności posuwistych ruchów, kaleczących krocze partnerki.
Potrząsła głową, drżąc z obłędu wywołanego niepewnością. Nie, ona nie pozwoli się zgwałcić. Chase sam twierdził, że nie skalał się nigdy gwałtem na kobiecie. To ona musi zadbać, aby on się nią zaopiekował. Upodobni się do słodkiej trzpiotki, zawstydzonej pensjonarki, niewinnej panienki, ale nie dopuści, żeby stosunek miał wizerunek przeklętego gwałtu!
Nowa desperacja targnęła sercem Kimiko. Kiedy namydliła się i spłukała, stanęła na równe nogi. Pomimo dogasających koksowników drżała z chłodu. Wtem skupiła wzrok na ciemnym trójkącie meszka zarastającego tłuściutką połać między udami. Krople kapały z uroczych kędziorków do brudnej wody.
„Czy zechce się nimi bawić? Wydadzą mu się ohydne? A jeśli lubi łyse… no, cipki?”
Zarumieniła się, wyzwoliwszy z okowów okropnego transu. Tuż przy niej leżała kupka ręczników. Zawinęła się nimi niczym gąsienica w kokon, z zakłopotaniem odkrywając brak ubrań lub czegokolwiek udającego koszulę nocną. Brudnych szmat nie założy, to mijałoby się z celem kąpieli.
„No tak, kobieta kładzie się do łóżka naga, żeby ułatwić panu dobranie się do niej.”
Mechanicznie poskładała mnisiodziewicze szaty i podążyła w stronę rozścielonych futer. Powietrze tężało od zimna. Niby poczwarka wyswobodziła się z ręczników, z naiwnym zdumieniem odkrywając, iż bynajmniej nie przypomina motyla. Pozwoliła mokrym włosom opaść, by zasłoniły piersi i podbrzusze. Tak wyszykowana dziewczyna usiadła na środku łóżka, nasłuchując powrotu swego mężczyzny. Dla uspokojenia odtwarzała raz po raz najróżniejsze, bzdurne zdarzenia z przeszłości. Jeśli zacznie koncentrować się na porażce i zburzeniu klasztoru lub gębie Chase’a Younga wyłaniającej z mroku, zemdleje ze strachu, narażając się na gwałt po nieprzytomnemu, na przykład przez jakiegoś kota akurat zwabionego szansą. Paradoksalnie wolała być już świadoma. O wiele lepiej w roli zapychacza sprawowały się wspomnienia z dzieciństwa – rowerowe przejażdżki, pokazy fajerwerków, sobotnie maratony kreskówek…
„Czy to koniec mojego dzieciństwa? Ja mam dopiero osiemnaście lat. Nie chcę tego doświadczyć. Tego… tego c z e g o ś.”
Nie usłyszała żwiru chrzęszczącego pod ciężkimi krokami ani komentarza poprzedzonego lepkim, pijackim śmiechu. Z zamyślenia wyrwał Kimiko dopiero dotyk dłoni mierzwiącej mokre na głowie włosy. Wzdrygnęła się, z okrzykiem okrywając ramionami. Nie podniosła oczu, by widzieć jego twarz. Instynkt nie pozostawał złudzeń – to „tylko” on. Magicznie się zmaterializował.
Roztrzaskały się złudnie kojące wspomnienia i postanowienia logicznego monologu, jaki przeprowadzała ze sobą od przeszło pół godziny. Nareszcie stanęła przed księciem. Sama w jego namiocie. Zdana na łaskę. Głośno wypuściła powietrze z ust, odkrywając gulę w gardle. Chase ujął Kimiko za podbródek i uniósł wysoko ku sobie, aby spojrzeć w te śliczne niebieskie oczy. Zabrakło jej odwagi na odwrócenie ich. Musiała spełniać bezgłośne polecenia. Bezbarwna twarz księcia górowała złowieszczo w spowitym granatowym światłem powietrzu. Dziewczyna zebrała się ostatecznie w sobie, przymknęła powieki, nerwowym ruchem położyła się plackiem na futrach, wystawiając się na widok. Wbrew śmiałości gestu zarumieniła się, czując, że gruby pukiel zlepionych włosów omsknął się z jej białej piersi. Bała się, choć z drugiej strony wiedziała o swojej jedynej szansie. To, jak zaprezentuje się teraz, zaprocentuje potem, pomoże odsunąć wyrok śmierci, stanąć na bezpiecznym gruncie, a kto wie, opłaci się ucieczką.
„Na co on czeka?”, niecierpliwiła się, czując stres, który mógłby konkurować ze skokiem z Mont Everest.
Wrażenie spojrzenia chciwie przesuwającego się z ud wojowniczki, na to, co między nimi, przez wklęsły brzuch i falujące wzgórki okazywały się nie do zniesienia.
„Oszaleję!”
Ciało Kimiko zachowywało się nieco wbrew woli; wyprężyło, a skóra pokryła dreszczami, co przydawało mu wyjątkowy urok. Tak przynajmniej stwierdziłby zwykły obserwator. Ale Chase Young odwrócił się od tego kusicielskiego zjawiska na pięcie. Podszedł do stojaka i zaczął ściągać z siebie zbroję.
Japonka rozchyliła jedną powiekę, a ujrzawszy mężczyznę bez żadnego problemu, czy niespokojnego drżenia rąk, wyswobodzającego się ze swojego chińskiego pancerza, zarumieniła się mocniej.
„Powinnam mu pomóc… co on sobie o mnie pomyślał…?”
Chase nie kwapił się do szybszego zdzierania z siebie zbroi, o nie. Odkładał ją metodycznie, jedna po drugiej, póki dokładnie nie przyodział stojaka. Wpierw naramienniki, napierśniki, nałokcice. Najpierw Japonka zobaczyła jego nagie plecy, jarzące się mleczną bielą w świetle koksowników. Rytuał przedłużał się. Smok ognia z nieukrywaną ciekawością śledził to odsłaniające się powoli umięśnione ciało. Serce roztłukło się w piersi, a w żyłach zapłonął żar.
„Czy ja grzeszę?”
Skoro tylko zabrał się do ściągania dolnego uposażenia, a potem czarnych spodni, w Kimiko uderzyła fala intensywniejszego gorąca. Chwyciła za futra i schowała się pod nimi, używając jak koca. Policzyła do dziesięciu, wzięła głęboki wdech i wyjrzała zza niedźwiedziej skóry, by rozejrzeć się w sytuacji na froncie. Chase zmierzał w jej stronę. Szybko naciągnęła futro na głowę.
„O rany, on jest goły! Ja tego nie zrobię!”
Spodziewała się gwałtownego szarpnięcia za kołdrę. Już czuła na sobie dotyk palców między nogami, ale nie doczekała się ich. Zamiast ziszczenia owych wizji, usłyszała chlust blisko siebie. Odważyła się wyściubić nos ze swej kryjówki, a wówczas ujrzała księcia wylewającego na nagie ciało wiadro wody.
„Pewnie wyczarował…”
Trofeum swoją drogą, ale o higienę należy zadbać bez względu na okoliczności.
Zakopała się w włochate prześcieradła pokrzepiona naiwną nadzieją: „jeżeli zasnę, zostawi mnie w spokoju!”. Wierzyła, że sen pomoże w ucieczce; ciało pozostanie tu, lecz świadomość opuści więzienie zmysłów, hulając wesoło po krainie, gdzie problemy maleją do wielkości kropki. Na przekór ostatniemu ziarenku nadziei, kiełkującego na wybitnie słabym gruncie realnych faktów, serce nie dawało się oszukać, o nie. Biło, upodobniwszy się do gongu obwieszczającego czuwającym mnichom świt. Zatrzęsła się istota Japonki, zupełnie jakby organizm szykował się do detonacji swoich komórek.
„Chyba raczej śmierć jest lepszym wyjściem... Po co żyć życiem pozbawionym rąk, nóg, oczu, uszu, na garnuszku wroga?”
Nie walczyła z ześlizgującym się z niej przykryciem, nie próbowała naciągnąć go na siebie. Chase życzył sobie ujrzeć kochankę w pełnej krasie – jakże mu odmówić? Obnażył ją od pępka w górę, tuż przed tym, jak wtulił się w plecy smoka ognia. Zgięte w łokciu ramię wbił w poduszkę z grubo wyszytymi ściegami. Kimiko jęknęła, dając upust najróżniejszym emocjom: strachowi, odrazy, pragnienia zachowania przytomności. Pod futrem pośladki kobiety stuknęły się z biodrami mężczyzny. Gdyby Japonka cieszyła się szerszym doświadczeniem, nie tylko tym bazującym na książkach i serialach, zadałaby sobie pytanie: „czy to dzięki mnie tak stwardniał, czy po prostu od dawna nie ruchał żadnej dziewczyny?”, toteż w jej umyśle nie zawitało nic, oprócz zwyczajnego pragnienia, że chce wrócić do domu. Ale znajdowała się tutaj. Na łóżku z mordercą przyjaciół i mistrzów, a także silniejszym niż wszystko inne zamiarem przeżycia za wszelką cenę. Co wojna, to wojna. Co straty, to stary. Tylko postawa Japonki wpłynie na postrzeganie rzeczywistości. Czasu nie cofnie, ale przyszłość – jeśli tylko dobrze rozegra tę partię – wcale nie musi być taka zła, wystarczy odpowiednie, praktyczne podejście.
– Dlaczego wybrałaś los nałożnicy? – zagadnął, kładąc kres ciszy.
Pytanie męczyło go od wielu godzin.
– Czy to nie oczywiste? – mimowolnie się droczyła. – Żeby żyć.
– Również takim życiem? – prychnął.
Wstrzymała się przed pochopną odpowiedzią, która czekała na końcu języka:
„A co, życie z tobą jest aż tak beznadziejne?”
Wolała milczeć, wmawiając sobie, że sierść martwych zwierząt w świetle gasnących palenisk wygląda szczególnie pięknie.
– Odpowiedz.
Kimiko doznała wrażenia, iż celujące w nią prącie stało się bardziej natarczywe. Milczała, przygryzając dolną wargę pełnych ust. Chase niemal dygotał z niecierpliwości.
– Ja odpowiem. Moim zdaniem łżesz – warknął wprost nad jej uchem. – Twój mistrz przewidywał, że polegnie, dlatego przygotował zemstę. Żadna mniszka nie oddałaby się wrogowi, gdyby nie powierzono jej wcześniej rozkazu zabicia go.
– Nieprawda…
– Jeżeli faktycznie nie otrzymałaś rozkazu, znaczy, że nigdy nie powinnaś zostać mniszką. Każdy twój kolejny wdech jest zadrą, policzkiem wymierzonym w Xiaolin.
Bez jego pouczeń było Kimiko dostatecznie ciężko, lecz teraz, skoro nawet przeciwnik – książę ciemności – nie pozostawiał na niej suchej nitki, oznaczało to, iż śmierć faktycznie okazałaby się lepszym rozwiązaniem. Zapłakała w mrok najczarniejszej z nocy, nie potrafiąc się hamować. Użalała się nad sobą, nad zabitymi przyjaciółmi, nad mistrzem, nad mnichami. W jeden dzień straciła wszystko, została nędzarką. Choć także nędzarka umie zachować godność. Ona zaś sprzedała się, lądując w łóżku z oprawcą. Tak jak byle branka. Szkolenie na wojownika Xiaolin było warte tyle, co nic.
– Mądra dziewczynka – pochwalił Chase ni stąd, ni zowąd. – Dokonałaś słusznej decyzji.
Kimiko wytarła oczy brzegiem kołdry. Nie oponowała, kiedy książę pogłaskał ją po głowie, przytykając nos w plątaninę wysychających włosów.
– Wiesz co, myślałem o tobie trochę i oto co ci proponuję – zagadnął tajemniczo, wywołując w Kimiko dreszcz. – Uczynię cię moją konkubiną, ale musisz być mi posłuszna.
Zaśmiała się nerwowo na te słowa.
– Ja…? Konkubiną?
– Nie sądzisz, że to najlepsza szansa na ocalenie?
Otwarła w zdumieniu usta. Dokładnie tego chciała – uratować się, uzyskując miano faworyty Younga. Ale powinna dążyć do celu w sekrecie, a tymczasem Chase ją przejrzał. Mięśnie dziewczyny zwiotczały. Poddała się dotykowi księcia. Sunął palcem po jej plecach, jakby wypisywał na nich dziwne ideogramy – znaki własności.
– W średniowiecznych Chinach, gdy dochodziło do ślubu i spotkania się narzeczonych w ślubnej komnacie, zazwyczaj oboje się rozczarowywali: mąż i żona nie spełniali wzajemnych oczekiwań. Wyobrażasz sobie mieszkać pod dachem z człowiekiem, do którego nie żywi się żadnych ciepłych uczuć? Pogardzali sobą i się brzydzili. Czy ja wywołuję w tobie obrzydzenie?
– Zabiłeś moich przyjaciół… – wychrypiała
– Ale czy się mnie brzydzisz? – naciskał. – Moją twarzą, ciałem i głosem?
Zdezorientowanie zamroczyło Kimiko. Wstrzymała oddech, zacisnęła powieki. Instynkt podpowiadał, że Chase z trudem walczy z pożądaniem, gdyż nie ma zamiaru przedzierać się przez nią nieproszony. Ucałował ją w kark, raz i drugi. Subtelnie, bez pośpiechu, mimo iż dyszał rozpłomieniony, ogrzewając gorącym oddechem chłodną skórę dziewczyny.
– Jak zawsze ładnie pachniesz – skomplementował, na co komórki ciała Kimiko prawie pisnęły. – Do dziś pamiętam moje zdziwienie, kiedy ten twój słodki, dziewczyński zapach podpowiedział mi, że to nie Spicer pokonał mnie i Hanniba w pojedynku o Armatni Miotacz, lecz ty.
Drgnęła.
– Pamiętasz tamtą walkę? – spytała ze zdziwieniem, a nawet niewytłumaczalną dla niej w tej chwili nadzieją.
– Pamiętam każde nasze spotkanie, Kimiko – wyszeptał, powoli wsuwając dłoń pod futro otulające wojowniczkę od pasa w dół. – Oraz to, że na wszystkie te spotkania ubierałaś się okropnie wyzywająco.
– Wcale nie…! – wyjąkała.
– Krótkie spódniczki i obcisłe koszulki to, mam rozumieć, przynęta dla Jacka?
– Po prostu… – zawahała się, szukając odpowiednich słów. – Lubię dobrze wyglądać.
„Gdybym patrzyła mu w oczy, zapadłabym się pod ziemię!”
– No dobrze – zdawał się dać za wygraną. – Ale jak wytłumaczysz uśmiechy z ukrycia?
– S-słucham?
– Kiedy twoi wrogowie patrzą na ciebie, jakby mieli ci obciąć kończyny, a tylko jedna jedyna dziewczyna zerka z maślanym wzrokiem i robi słodkie minki, człowiek serio zaczyna się zastanawiać. Nadal zaprzeczysz? Spodobałem ci się, czyż nie? Marzyłaś o mnie często? Wiązałaś jakieś nadzieje? Znasz mnie, mój honor, moje zasady i sposób działania. A mimo to zawsze znalazłaś czas, aby zadbać o siebie, gdy wyruszałaś na misje, przeczuwając, że i ja się tam zjawię.
Kimiko nic nie mówiła, bo było to niepotrzebne. Chase tak doskonale, z wyczuciem stratega wyłapał delikatne zabiegi, jakie stosowała latami, żeby odczuć na sobie jego uwagę. Zainteresowanie mężczyzny – Chińczyka o regularnych rysach, mocnej szczęce, sprytnych złotych oczach, tak niedostępnego i wycofanego, który nie przyklaskiwał oszustom i kłamcom, a kierował się osobliwym kodeksem wojownika sprzed piętnastu wieków.
– Skoro oboje siebie pragnęliśmy, tyle lat mijając się na bitwach, skrępowani przynależnością do naszych stron – dobra i zła, przełammy się tej nocy – zachęcał.
Apetyt odpowiedzenia na tę pokusę rósł, a objawiał się czymś, co Kimiko porównałaby do gniazda owadów wijących się w podbrzuszu. Zacisnęła rękę na nadgarstku ręki księcia, zatapiającej się pod kołdrą. Wszczął zabawę z aksamitnym meszkiem kłębiącym się na kroczu mniszki.
– Zawładnę tobą i dam ci miłość.
Z dolnych warg kobiety wyciekło coś, co pojawiało się wtedy, kiedy czytała ona pikantne romanse w sekrecie przed przyjaciółmi i starcami zajętymi swoimi męskimi sprawami. Obie te sytuacje różniły się diametralnie; tym razem osobiście uczestniczyła w podniecającej scenie.
Chase potarł dłonią plecy Kimiko, tu i ówdzie okładają łopatki pocałunkami. Mile go zaskoczyła, spontanicznie okręcając szyję w kierunku wojownika, dzielnie przechwytując jego usta. Z ochotą otoczył ją ramionami, nie przerywając pieszczoty. Przeciwnie, współpraca Japonki podziałała na niego jak wabik, twardo dotykał niewprawionych warg, smakując ich językiem. Skóra dziewczyny niemal parzyła, odbierając, dzięki rozsianym pod nią gniazdom nerwów, nieoczekiwanie przyjemne bodźce. Tą ostatnią barierą swego ja ścierała się z drugim człowiekiem. Mężczyzną tak niebezpiecznym, nie wahającym się przed niczym. Pierwszy raz miała przeprowadzić walkę, inną niż wszystkie dotąd, na którą żaden trening nie był w stanie jej przygotować. Miała walczyć do utraty tchu o własne życie, a potem umrzeć pokonana swą odwagą, razem z nim, z Chase’em Youngiem. Ekstremalne położenie odebrały Kimiko zdrowy rozsądek, na bok strącając lęk i kwestie moralne. Wszystko wskazywało na to, że sędziowie podziemi nadali jej taką właśnie rolę – nie mniszki, lecz kobiety skazanej na znajdowanie przyjemności w czysto fizycznej miłości. A ponieważ uwielbiały szydzić ze śmiertelników, za pierwszego kochanka wyznaczyli jej wroga. W uszach dzwonił głos księcia: „nie gwałcę kobiet, same do mnie lgną”.
Prześlizgnęła wzrokiem po ciele księcia. Mięśnie jego klaty i brzucha zwężały się ku biodrom niejako przyjmując kształt trójkąta. U wierzchołka tej doskonałej figury geometrycznej prężyła się dumnie ostoja męskości, zwykle w stanie spoczynku, teraz gotowa do ciężkiej pracy. Resztki hamulców nie pozwalały na położeniu ręki na tak intymnym miejscu, ale Chase – pozbawiony podobnych oporów, bo zabawiający się z ostoją kobiecości Kimiko, która wydawała urocze plaskanie – sam porwał dłoń smoka ognia i zacisnął ją na swym penisie. Dziewczyna nie przypuszczała, że zetknąwszy się z twardym, dziwnie stojącym drągiem poczuje w palcach takie ciepło, a zarazem pewną miękkość. Gorąca krew rozsadzająca jego naczynia krwionośne pulsowała nienasyconym pragnieniem.
Koty z uwagą śledziły wydarzenia dziejące się w namiocie, wyzierając przez szpary namiotu. Włosy i plecy księcia stanowiły według nich doskonałą harmonię z jego rytmicznymi pchnięciami, przyspieszającymi z minuty na minutę. Penetrował tę drobną mniszkę, raz po raz pochylając się nad nią, aby złożyć pocałunek to na jej ustach, to na dekolcie lub twardych piersiach o wyprężonych sutkach. Kochali się w ciszy, bez słów, bez krzyków. Kimiko widać preferowała hamować swoje jęki, uwalniając je bezpośrednio w półotwarte usta kochanka. Drwa dopaliły się, otulając zaciekle walczących wojowników aurą ciemności. Ze środka namiotu wydobywały się wilgotne klaśnięcia i gwałtowne, ciche dudnienie.
Mroźna noc przeistoczyła się w parny brzask.

8 comments:

  1. *podnosi ręke* ja sie nie spodziewałam. I boje sie, co to będzie, choc nie powinno byc zle bo co tu jest do zjebania? No właśnie nic. :x

    ReplyDelete
    Replies
    1. Poskarżę się, że mi dokuczasz.

      Delete
    2. Ech te koty. Nawet na końcu musiały podnieść mi ciśnienie i podglądać przez szpary namiotu. Xd Zboczuchy jedne.

      Delete
  2. Kotki są jak młodsze rodzeństwo. Chcą wiedzieć, w co się bawi najstarszy Brat Władca. xD

    ReplyDelete
    Replies
    1. Takie bardzo młode rodzeństwo. xd Nicponie. Ja im dam próbować dobierać się do Kimi. Ale nie powiem, że scena i tak była fajna. Mnisie, dziewicze wdzianko... Ach ten Victor i Jebak... Tego chyba jeszcze nie było? xD Dużo emocji, napięcia, strachu...w ogóle wszystkiego. Tak to ja się lubię bawić przy czytaniu, a chyba dobrze wiesz, co przeżywałam?xd Drżałam momentami normalnie, a jeszcze niektóre zdania to z pięć razy czytałam.

      Na początku trochę mnie bolało to, że Kimi musiała iść jak taki naprawdę typowy jeniec za koniem Chase'a. To było takie: zero litości. Ekstremalne warunki. xd Dobrze, że bidula dała sobie rade i nie padła z wycieńczenia.

      Fuj, ryż z soczewicą wcinać. Co za męskie żarcie. xD Powinni Kimi nie tylko nowe ciuszki zafundować, ale jakąś delikatniejszą strawę na ten jej żołądeczek! xD Soczewica to mi się kojarzy z takimi dzikami Obeliksa. On zawsze jadł je z soczewicą. Także tego, oprócz jakiś fajnych wdzianek dla Kimi, która ma podróżować z księciem jako jego nałożnica, oczekuję skomponowanie delikatnego jadłospisu, aby nie dostała jeszcze jakiś niepotrzebnych niestrawności. Swoją drogą ciekawe, jak na to wszystko zareaguje Wuya z Jackiem, pandabuba? Koty już pokazały, jak reagują na jeńców... :x Ale im to można wybaczyć, zaś reszcie...

      Tak czy siak fajnie, że Chase'a przemieniłaś. :D Pierwszy raz. Nie bolało, nie? I fajnie Ci to wyszło. xd Nie wiem czy już Ci to mówiłam, że Kimi była naprawdę fajna w shocie. Taka słodka. Jej przemyślenia i zachowanie były takie jak przystało na taką cnotliwą osiemnastke. xd Acz momentami trochę już za dużo miała tych rozważan, zwłaszcza tego knucia, by księcia uwieść. Pff, dziewczyno, teraz to już wszystko po ptokach. Nic nie kombinuj. oddałaś się? Oddałaś, więc nie próbuj mieć na cokolwiek wpływu. Należysz do księcia i to on będzie o wszystkim decydował. xd A już spokojnie, na pewno o ciebie zadba. On akurat należy do tych, co dbają o swoje lojalne maskotki. ^^ Spójrz chociażby jak dobrze mają jego koty. Niby niewolnicy, ale mogą robić prawie wszystko co chcą, jeśli nie psuje to interesów ksiecia.

      Wgl ten tekst Chase'a, że zawładnie nią i da jej miłość był takim... takim... Takim uderzeniem w serce, że mi się rozbujało ono na cała klatkę piersiową jak huśtawka. xd Cała gadka przed bzyknięciem była fajna i świetnie całość uporządkowała. W takich fajnych ramach cała historia i cała ta psychologia Kimi się osadziła. Ciężko ją dalej postrzegać jak taką naprawdę puszczalską dziwkę. Po prostu pociąg czuje do złego faceta, nic w tym złego, praktycznie każdej sie do zdarzaa. xd A! Ale żebyś tylko sis nie pomyślała o tym, żeby likwidować drugi czynnik, który tak fajnie wszystko spaja. Ten, że Kimi zależy na ratowaniu skóry, bo któż by tak nie działał w podobnej sytuacji. Normalnie shoty wydają się bardzo naturalne dzięki tym dwóm rzeczom. Nie wieje nastoletnią, nieprzemyślaną i prowadzoną niekonsekwetnie tandeszczyzną - jak to sie np dzieje na moich blogach. xd
      A sam seks fajny. Przeczytałam go tak wgl, nie ominęłam. xd I nadal nie mogę z tej słodkiej Kimi i jej tekstu "czy ja grzeszę"? XD Oooch, maleństwo. Uważam, że na ten pierwszy raz trafił jej się fajny facet i na pewno fajnie go przeżyła i czekam na jej chcice po rozdziewiczeniu. I wgl na te podróże w lektyce. Dostane je?xdd
      Na koniec: super było to dopieszczenie opka realiami związanymi z buddyjskością klasztoru. Te myśli o bóstwach, modłach... Wszystko super. Nie mogłam przestać się tym zachwycać. Jak Ty to robisz? :D Jeszcze te dobitne teksty o losie nędzarki i... grrr! Przestań zawyżać poziom.
      Czekam na więcej. Dawno nie miałam takiego kopa weny.

      PS Niech się zabezpieczają.

      Delete
    2. Na pustyni może być ciężko o prezerwatywy. Kimi też nie będzie się karmić chemią. A przerywane są frustrujące. xD

      Cóż, sis. Postaram się zastosować do Twoich życzeń i zapewnić Ci zastrzyk weny (kolejny xd).

      I powtórzę raz jeszcze, proszę się nie obrażać pod moimi rozdziałami!

      Delete
  3. Jestem pod wielkim wrażeniem twoich umiejetności pisarskich ;-; Opowiadanie jest niesamowite, ale też pod względem samej fabuły, która mnie intryguje. Dziewczyna na gifie jest prześliczna, dokładnie tak sobie wyobrażałam Kimiko, czytając ten rozdział. Seksik między Chasem a Kimiko pobudzający :D Chase zachował się... profejsonalnie XD Mam tu na myśli ten moment, w którym złapał rączke Kimiko i sobie ją położył, gdzie było trzeba XD Oby Kimiko nie okazała się gorsza od jego poprzednich kobiet. Wierzę, że swoją osobą też zdoła go... oczarować :3
    Bardzo dobrze przedstawiasz realia tej wyprawy, wręcz czuć jej trudności, zmęczenie, jakie może towarzyszyć bohaterom i zarazem nie kłóci się to potem z ich myślami. Wspieram Kimiko jeśli chodzi o jej trudne decyzje związane z oddaniem się księciu. Zauważyłam, że Guan był nie raz poruszany i do niego zmierzają... Czy ja wiem czy nadal będzie jej ten ratunek potrzebny, gdy do niego dotrą?XD Chase pokazał, że potrafi się opiekować :3 A te koty! Bardzo niegrzeczne i bardzo pozbawione klasy! Nie ukrywam jednak, że akcja w rozdziale bardzo mi się podobała, jak wszystko XD
    Pozdrawiam i czekam z niecierpliwością na kolejną część! XD

    ReplyDelete
  4. Właśnie się zorientowałam.... XD A gdzie biedna Kimiko będzie robić psi-psi? XD Oby nie przy kocich wojownikach... XD

    ReplyDelete