Tuesday, February 7, 2017

Trofeum księcia Heylin cz. 3





JZj26l.gif

Dla Layali, żebyś miała weny, i naszej nowej czytelniczki Bonnie, żebyś sama zaczęła coś pisać! ;Q
Pardon za błędy, pisałam bardzo szybko. xD


Zapach Lao Mang Long zdecydowanie polepszał pracę trybików w mózgu, smak zaś pozytywnie nastrajał na podróż łańcuchem gór. Przymknięcie oczu pomagało wyimaginować sobie postać Guana szafującego poleceniami gotowania się do oblężenia.
Chase Young osobiście wysłał wiadomość ostatniemu mistrzowi zakonu smoków. Nie obawiał się o nic. Klęska mu nie groziła i wiedział o tym, wcale nie ulegając pułapce ego – już dawno nauczył się spychać zdradliwą miłość do samego siebie na dalszy plan. Przerażająco silna intuicja doskonale współgrała z faktami. Książę Heylinu po prostu czuł, że sięgnięcie po zwycięstwo jest kwestią czasu, a konkretnie tygodnia. Niech Guan drży, niech się szykuje, niech obmyśla taktykę.
I tak nic nie zdziała.
Świeżo umyte włosy spłynęły czarną kaskadą na obnażone plecy, kiedy wojownik odrzucił je do tyłu, siadając obok zdrowo śpiącego jeńca. Długo kontemplował urok bladoróżowej twarzy, przypominając sobie, jak trzymał ją blisko siebie, jak kontrastowała z ciemnymi futrami, uciekała mu sprzed ślepi raz w górę raz w dół – rytmicznie. Wówczas dwie krople potu spadły z czoła księcia na tę napuchniętą rozkoszą budzę: jedna kapnęła w prawy kącik oka, druga uderzyła w czubek nosa i spłynęła leniwie po jego skrzydełku. Na wspomnienie minionego wieczora odezwało się mrowienie w kroczu. Krew zalewała jamki gąbczastej struktury penisa, unosząc go, zwiększając rozmiary.
Chase uszczknął zaledwie kilka łyków smoczego eliksiru, wciąż patrząc na mniszkę Xiaolin z dziwnym wzruszeniem. Tak jakby dopiero w szarości świtu objawiono przed nim postać kochanki po nocy obfitującej w namiętne szaleństwo. W końcu ujrzał nogi i ręce – splatał się z nimi; włosy – zanurzał w nie palce; skórę – lizał ją z zapałem. Nie przełknął zupy Lao Mang Long. Ukląkł obok jeńca. Przechylił głowę w prawo, przytknął swoje usta do półotwartych, miękkich ust Kimiko. Jedna kropla zupy wyślizgnęła mu się z między warg i wylądowała na języku wojowniczki.
Natychmiast otworzyła oczy zaścielone mgłą świadczącą o nieświadomości.
– Obudź się – wysyczał.
Zareagowała na rozkaz od razu. Podniosła się, rozglądając wokół. Zdawała się nie rozpoznawać otoczenia ani osoby siedzącej przy koksowniku. Otuliła się ramionami, zwieszając głowę na piersiach. Spowijała ją aura niewinności i strachu.
– Umyj się – rozkazał na dzień dobry, z rozbawieniem lustrując ślicznotkę w futrach.
Odłożył opróżnioną z eliksiru czarkę. Użył Kuli Tornami, na którą natknął się w zasypanej gruzami, wyłamanej bramie świątyni, nim splunął na tę mury przy opuszczaniu ich. Napełnił cynową wannę gorącą wodą. Zamieszał ręką w zawartości bali, oceniając temperaturę. Czekał, obserwując dziewczynę z ledwo tłumioną fascynacją.
„Jak się zachowa?”
Powoli docierało do niej, że faktycznie wróg zniszczył Klasztor Xiaolin, zabił przyjaciół, uprowadził ją, a potem przeleciał, proponując konkubinat. Wzrok smoka ognia bezwiednie spoczął na cynowej misie. Wahała się jeszcze chwile, coś kalkulując. Odkryła się niechętnie. Siedziała przez kilka sekund z podkurczonymi nogami.
„No dalej…”
Ostatecznie zrezygnowała, podniosła się, stanąwszy w całej krasie poranka. Książę zachował powierzchowny spokój, choć serce zabiło mu mocniej.
– Chcesz porozmawiać? – zagadnął, doprowadzając się do porządku.
– O czym?
– O twojej szparce – odparł, z trudem powstrzymując się przed ironicznym wyszczerzeniem zębów.
Na ustach Kimiko zawitał uśmiech noszący cień czegoś lubieżnego. Przez moment przeszło mu na myśl, że rozdziewiczenie zaowocowało u wojowniczki ową rzadziej spotykaną postawą, leniwym zadowoleniem kobiety porządnie usatysfakcjonowanej przy pierwszej próbie.
Kobiety żałującej, że wcześniej nie pokusiła się o psotę uzurpowania sobie rozkoszy małżeńskiego łoża.
„Nic dziwnego, biedactwo tle lat siedziało w murach klasztoru potępiającego potrzeby zmysłów… Skąd ja to znam?”
Stała jak posąg, nie próbując zakryć bioder lub piersi. Bezwstydna i przekrzywiająca główkę, żądała, aby wróg zogniskował wzrok na pięknie wyrzeźbionym ciele. Skorzystał z zaproszenia; przyjrzał się kremowym brodawkom rozlewającym się okręgiem na stożkowatych piersiach. Wyobraził sobie włosy u ujścia ciasnej pochwy zlepione zakrzepłą krwią.
– Sperma z ciebie ścieka – zauważył, wyrwawszy się spod hipnozy. – Masz zamiar tak sterczeć?
Nie odpowiedziała, po prostu drobnymi kroczkami podeszła do niego, krążąc spojrzeniem między cynową misą a klepiskiem. Uniosła prawą nogę – lekko posiniaczoną po ataku kocich wojowników – zanurzyła ją w wodzie, następnie uniosła lewą nogę i prędko kucnęła, zamaczając się aż po pępek. Za kolanami zasłoniła piersi. Roziskrzone ślepia Chase’a zdradzały jego podniecenie. Nie kontrolował się, kiedy obkładał kolano Kimiko pocałunkami, a ręce zacisnął na jej miękkich ramionach.
– Chcesz mnie? – podsunęła, czy to specjalnie, czy to nieumyślnie, mocniej burząc krew wojownika.
– Tak.
– Mam wstać?
Zawahał się, uciekając ślepiami gdzieś ponad głowę Japonki. Uświadomiona czy nie, aż zbyt dobrze sprawowała się w nowej roli. Eliksir Lao Mang Long destrukcyjnie wpływał na tę naruszoną część duszy upadłej mniszki. Nie odbierał człowieczeństwa w pełni, jak przy standardowych dawkach. Pomagał tylko nieco przetrzeć liny, nie doprowadzając wprawdzie do ich przecięcia. W Kimiko zaczął zaznaczać się swą obecnością niejako magnesem przyciągającym do siebie mężczyzn. A działał tak mocno, ponieważ smoka ognia ulepiono z materiału właściwego kobietom, jakich owi mężczyźni pragną dupczyć dzień w dzień.
– Masz się umyć – ukrócił książę, ochlapując ją wodą. – Masz się myć zawsze przed i po stosunku.
Kimiko zamrugała oczami i roześmiała się.
– Rozumiem, że ci, którzy nie mogą zachować czystości w sercu, chcą koniecznie zachować czystość na skórze? – zripostowała.
Nie zganił jej za ocierającą się o bezczelność uwagę, właściwie spodobała mu się, a wręcz odczuł coś na kształt ulgi. Nienawidził, kiedy kobieta z rana spalała się z irytującej nieśmiałości.
– Chcę, żebyś zawsze pachniała tak słodko. – Chwycił ją za podbródek.
Uśmięchnęła się na komplement i w milczeniu przystąpiła do namydlania ciała. Szorowała się bardzo dokładnie, nie przepuszczając żadnemu kawałkowi. Skoro woda wreszcie zmętniała, Chase rozkazał Japonce wstać. Spłukiwał ciało kochanki dokładnie, obchodząc ją wokoło, trzymając w dłoni Kulę Tornami. Dotykał łakomym wzrokiem uroczych załomków, apetycznych zaokrągleń, lśniącą gładkością skórę. Z wojowniczki tryskała młodość i siła.
Z misy przelewało się na klepisko. Gdy tylko skończył, stanął przed Japonką, obserwując. Lubił patrzeć na dreszcz zimna wpełzający na skórę kobiet, kiedy drżały, co przydawało im pozór skromności. Ich sutki ślicznie marszczyły się; zwykł je porównywać do pękatych, zasuszonych wiśni.
Ale Kimiko wcale nie dygotała. Z przesadnym skupieniem śledziła krople wody spływające między jej wzgórkami. Bez skrępowania, z błyszczącymi oczami świadczącymi o trawiącej ją gorączce. Gorączce między udami.
Chase owinął słodką mniszkę ręcznikiem, który telepatycznie pofrunął mu do rąk z drugiego końca namiotu. Przez szorstki materiał ugniatał jej piersi i pośladki, pozorując zwykłą chęć otarcia Kimiko. Jęknęła, smakując dotyk na swoim ciele. Spróbowała pocałować księcia, lecz ten wymigiwał się podstępnie, nie pozwalając na pieszczotę.
W tym momencie Young odwrócił głowę. W szpalerze płacht klęczał koci wojownik. Dziewczyna poszła za wzrokiem kochanka i pisnęła, naprędce wygładzając marszczenia jedynego materiału, który ochraniał ją przed obcymi spojrzeniami. Chase mruknął zadowolony – przed nim nałożnica zachowywała się na wpół wulgarnie, na wpół niewinnie, ale wstydziła się przy każdym innym mężczyźnie.
– Panie – koci wojownik wyjaśniał wtargnięcie, zachowując profesjonalizm, wbił wzrok w stopy księcia. – Zaraz powinniśmy wyruszać. Za pół godziny całkowicie sprzątniemy obozowisko.
– Świetnie, odejdź – odparł Chase, symulując znudzenie.
Wojownik raz jeszcze pokłonił się nisko i oddalił, poruszając płachtami namiotu.
Książę oderwał się od kobiety, skinieniem głowy każąc jej się wytrzeć do końca. Odwrócił się od niej i chwycił skrzynię z laki leżącą za stojakiem ze zbroją. Otworzył wieko, włożył dłonie do środka, wyciągając ofiarne rekwizyty. Na skrzyni położył złoty posążek Buddy siedzącego na lotosie, z najwyższą czcią zapalił świece, skłonił się trzykrotnie i zaczął recytować modły. Na tacy przyniesionej mu wcześniej przez kocich wojowników znajdowały się pokarmy – zarżnięty biały kogut, ryba i ryż wymieszany z solą. Obok nich leżały papierowe pieniądze imitujące sztabki srebra. Chase wymawiał swoje prośby w wymarłym dialekcie, który przysłuchująca się ze zdumieniem Kimiko nie rozumiała. Z szeroko otwartymi oczami obserwowała, jak mężczyzna spala papierowe pieniądze, kładzie w odpowiedniej kolejności pokarmy. Patrzyła i nie wierzyła. Chase mechanicznie, z głębokim głosem i z wystudiowanym przejęciem wygłaszał do przodków tajemnicze prośby. Jakby robił codziennie to, co czynili też mnisi Xiaolinu.
Po raz ostatni złożył pokłon i przystąpił do sprzątania prowizorycznego ołtarzyka. Kimiko owinięta w ręczniki uklękła przy nim, a wtem on zatrzymał się.
– Chcesz się pomodlić, mniszko?
Zajrzał w jej oczy. W pierwszej chwili uznał, iż zwilgotniały, lecz kamienna twarz dziewczyny zaprzeczała podmuchowi wzruszenia omiatającego jej serce.
– Dkaczego ty się modliłeś? – spytała słabo.
Prychnął.
– Aby przekupić byty prawdopodobnie wyższe ode mnie, oczywiście.
– Przekupić? – przedrzeźniała, przez co Chase z rozbawieniem w duchu stwierdził, że na chwilę wraca ona do siebie. – Skoro tyle w tobie cynizmu, czemu składasz im ofiary?
Mężczyzna pokręcił głową.
– Czy to nie jest stosowna wymiana? Ja daję im żarcie, one pomagają mi wygrać.
– Sądziłam, że ktoś taki jak ty polega na raczej sobie niż na wierze.
– Owszem, ale przecież nie zaszkodzi zapewnić sobie małego wsparcia z niebios – odgryzł się. – Nic nie tracę.
– Mistrz Guan prędzej znajdzie u nich posłuch i… – Ręka wojownika zakryła dziewczynie usta.
– Nie znajdzie, ponieważ to ja trzymam w swych rękach smoka ognia z Klasztoru Xiaolin – zapewnił, nie tracąc wyśmienitego humoru.
Kimiko zamilkła. Wpatrywała się w ostatnią zapachową świecę z osobliwą melancholią. Drgnęła jej dłoń, jakby pragnęła dotknąć posążku, ale nie wystarczyło kobiecie odwagi.
– Śmiało – zachęcił, choć doskonale zdawał sobie sprawę z wątpliwości dokuczających upadłej mniszce.
Zwęziła usta w wąską linię.
– Jakże mogłabym się modlić? Ja, nieczysta. Jakże miałabym mieć czelność przemawiać do nieba, jakby nic się nie wydarzyło? – załamał jej się głos, wytarła mokry od łez policzek. – Wiem, że zgrzeszyłam i grzeszyć będę! Ty może masz szerokie sumienie, usprawiedliwiasz swoje przewinienia, dobierasz argumenty tak, aby pasowały do przyjętego przez ciebie rozumowania i jeszcze masz czelność żądać czegokolwiek od bogów, ale ja nie potrafię! Ja miałam swój kodeks, honor, zasady! – wpadła w histerię, zacisnęła powieki i zaczęła wyrywać sobie włosy. – Zbrukałeś mnie, zniszczyłeś, zabrałeś cnotę! Nienawidzę cię!
Upadła na klepisko, gdy Chase wymierzył jej policzek. Zaniosła się głośno, pozwalając łzom mieszać się z grudkami ziemi. Ręcznik zsunął się z ciała wojowniczki. Nie starała się zakryć go z powrotem. Mięśnie brzucha i żebra przesuwały się pod jasną skórą w takt łkania. Prezentowała się żałośnie. Jeśliby spojrzeć na Kimiko teraz, ciężko byłoby stwierdzić, że ledwie parę dni temu trudniła się rzemiosłem smoka ognia.
– To prawda: zniszczyłem cię – przyznał, twardo akcentując głoski. – Ale nie żałuję i wiem, że ty też nie. Zgrzeszyłaś, lecz nie masz zamiaru zrezygnować ze mnie, bo to, co zaszło wczoraj między nami, spodobało ci się i chcesz więcej. Co więcej, pragniesz przeżyć za wszelką cenę. Twoje serce jest zatrute, twoja cipka żądna seksu. Jesteś na dobrej drodze, żeby stać się taka jak ja. Zatracisz się w w o l n o ś c i, którą ja ci podaruję. Już nigdy nie dasz rady się temu oprzeć. Krótko mówiąc, zmienisz się w konformistkę, ulegniesz przyzwyczajeniom. Przyzwyczajenia są dobre. Prawda? – W miarę mówienia nachylał się nad nią, czule głaszcząc najpierw po udzie, potem rękach, ostatecznie czole. – Prawda? – powtórzył tuż przy uchu Kimiko.
Świst wydobył się z ust Japonki, już nie szlochała, bardziej dyszała.
– Przyzwyczajenia przytępiają zmysły i rozum... Przyzwyczajenia pomagają żyć wbrew sumieniu – wypowiedziała na głos wnioski, do jakich doszła zeszłego wieczora.
Chase ucałował dziewczynę w brew, zszedł na policzek, popieścił ucho. Ścisnął ją mocno za ramię. Polizał po szyi.
– Najdroższa… – zmienił ton na niezwykle łagodny. – Świat legnie nam do stóp. Uczynię cię konkubiną. A ty dasz mi miłość…
Drgnęła pod nim.
– Miłość? Co to znaczy dać ci miłość? – wychrypiała, błądząc oczami zaszłymi mgłą.
– To znaczy... – celowo przeciągał słowa – dawać mi miłość, po prostu. Wkrótce sama do tego dojdziesz, Kimiko. Wyjdziesz z mojego namiotu jako pani.
Odkrył smoka ognia zupełnie, zawinął ręcznik w rulon i włożył mu go pod biodra.

***

W skradzionych ze zrujnowanej świątyni garnkach gotowały się potrawy dla Jego Wysokości, na tyle wyrafinowane, na dało się je przygotować w warunkach polowych. Jebak pilnował ryżu, umiejętnie komentując przy tym poczynania braci zajętych codzienną rozgrzewką.
– Wyżej noga, Maksiu, wyżej-wyżej! – skandował rytmicznie. – O, załapałeś!
Pokryty warstwą błyszczącego potu adresat pieszczotliwego zwrotu odpowiedział wystawieniem środkowego palca, na co Jebak doprawiający pieczeń zareagował posłaniem niefrasobliwego pocałunku rzekomo dowodzącego o olbrzymiej atencji, jaką żywił w stosunku do Maximusa.
– Pedaaaał…! – wyzłośliwiał się Victor, sprzedający siedzącemu obok kompanowi szturchnięcie w bok.
Kotki przekomarzały się jak zwykle, czekając na wyjście z namiotu ich ukochanego pana. Musiały naskarżyć na Wuyę. Czarownica bezczelnie zakradała się w nocy do ich części obozowiska, zgodnie z tym, co utrzymywała, by popatrzeć na gwiazdy. Czterokrotnie wojownicy odpędzali ją, oświadczając, że gwiazdy świecą pod tym samym skrawkiem nieba identycznie, a ona i tak nie przydybie księcia na zabawach z jeńcem. Nie na warcie lojalnych koteczków.
Pierwszy szwadron Heylin Armii opłukiwał zęby, a wówczas z namiotu Jego Wysokości wyszła biała postać o czarnych, długich włosach prowadzona za rękę najwspanialszego wojownika wszechczasów. Niewolnicy padli na ziemię, pozdrawiając księcia, zupełnie ignorując dziewczynę. Chase skinieniem głowy przyjął ich życzenia długiego życia i zwrócił do stojącego najbliżej Crova:
– Pakujcie moje rzeczy. Sprowadźcie konie. Niech zwiadowcy ruszają szukać nowego miejsca na dzisiejszą noc. Aha, następnym razem zabijcie Wuyę, gdy tylko spróbuje zakraść się do mnie. Słyszałem ją.
Wojownik uniósł splecione ramiona na wysokość serca, zapewniwszy, iż wierni słudzy dołożą wszelkich starań, by zastosować się do tych poleceń.
– Doskonale – skwitował, pociągnął Kimiko przed siebie i zbliżył się do Jebaka nakładającego jedzenie na miseczki.
– Wasza Wysokość, same rarytasy – zachwalał. – Mięso królika, bakłażany, ryż i sosik żurawinowy, najlepsze śniadanko!
– Świetnie – mruknął Chase oszczędnie.
Usiadł przy ognisku, a wraz z nim mała ladacznica, jak kotki postanowiły nazywać odtąd jeńca. Właściwie dla nich istniały tylko dwa rodzaje kobiet: panny, które można rozdziewiczyć i ladacznice, których nie można rozdziewiczyć. Nic pośredniego.
Jebak ewidentnie zmarkotniał, ale nie wolno mu było wyrazić niezadowolenia względem Kimiko. Wszyscy wiedzieli, słyszeli w myślach: oto konkubina Jego Wysokości, a zgodnie ze starym prawem awansowała na wyższy stopień w hierarchii ich społeczności. Nic zatem nie mówił, bo książę i jego ladacznica nie kwapili się do rozmów. Usługiwał im, dąsając się w sercu. Nigdy żaden kot nie lubił kobiet księcia, gdyż rościły one sobie do niego wyłączne prawo. Popisywały się jego zainteresowaniem, wojowników traktowały jak służbę, zagarniały miłość, uwagę i czas... Kotki cierpiały, ale nie mogły nic poradzić. Niemoc spowodowana odtrąceniem wywoływała u nich agresję, której nie potrafili dać ujścia oprócz mszczenia się na mieszkankach pobliskich wiosek i miasteczek. Zamykali je w lochach, gwałcili, torturowali, byleby odreagować stres i rozpacz. Kochali swego księcia – żyli dla niego, lecz skoro tylko na horyzoncie pojawiała się ladacznica, stosunki między panem a poddanymi ulegały pogorszeniu. Choćby teraz Chase je śniadanie, nie powiedziawszy ani słowa uznania! Zwykle to robi – właściwie zawsze, jeśli tylko nie jada z nimi ladacznica. Teraz milczy, milczy również i ona.
„Bezczelna ladacznica, uważa się za lepszą, bo urodziła się z cipą!”
Zdenerwowanie kociego wojownika nie pozostało bez wpływu na jego działania. Naczynie z sosem wypadło mu z rąk i roztrzaskało się, spryskując karminowymi kroplami białą szatę, w którą zawinięto Japonkę.
Mężczyzna spodziewał się wyolbrzymionych pretensji wymierzonych w niego, piskliwych krzyków, ale o dziwo ladacznica nic nie zrobiła. Wróciła do jedzenia, nie patrząc na ubrudzone hanfu. A jeżeli jej nie przeszkadzał sos na szacie, czemu miałby przeszkadzać Chase’owi? Ot, zwykła drobnostka. Nie wydarzyła się przecież żadna szkoda. Wzruszył on ramionami i bez słowa podzielił się z towarzyszką swoją porcją żurawiny.
Jebak patrzył na tę scenę z czymś z pogranicza niesmaku a szoku. Inne nazwałyby go niezdarą i nierobem.
„Dziwna ladacznica”, podsumował, oddalając się od pary.

***

Obóz sprzątnięto w mgnieniu oka i nim niebo rozświetliło się różowymi wstęgami od wschodu, karawana złoczyńców już zmierzała na zachód w stronę twierdzy mistrza Guana. Koci wojownicy maszerowali radośnie z piosenkami rozdzierającymi ich gardła, a nad nimi latały roboty Jacka Spicera sterowane przez właściciela z samego ogona pochodu, gdzie podróżował wraz z Wuyą i Pandabubą.
Dzień zapowiadał się suchy. Zasłona piasku wznosiła się coraz wyżej przez uderzenia setek par kopyt i stóp. Sznur stali połyskiwał w blasku gorejącej kuli, ptaki i gryzonie uciekały z drogi złowrogiemu pochodowi, wiatr zaś cichnął, ilekroć żołnierze defilowali obok nielicznych zagajników i osamotnionych drzew.
Pandabuba – przestępca z Hong Kongu – wachlował się, co nie pomagało mu powstrzymać paskudnego procesu pocenia się, znaczącego ubrania w kłopotliwych zakątkach. Jego biały garnitur, którego kolor powinien rzekomo odbijać promienie słoneczne, marszczył się i gniótł, co złościło okropnie.
– Spicer, co z tą klimatyzacją? – warknął w kierunku samozwańczego geniusza.
– Pracuję nad tym… – odparował Jack, całkowicie zatracony w studiowaniu instrukcji naprawy wiatraka.
Pandabubda teatralnie przewrócił oczami.
– Budujesz latające i strzelające maszyny, ale nie umiesz uruchomić zwykłego wiatraka?
Chorobliwie chudy młodzieniec wyszczerzył żółte zęby w służalczym grymasie, powtarzając, że zaraz rozwiąże ten problem. Starszy mężczyzna przeciągnął dłoń po wilgotnej twarzy, zadając sobie nie w porę pytania, czemu przystał pomysł osobistego „nadzorowania” akcji? Jako zwierzchnik przestępczego świata Hongkongu mógł rzecz jasna wysłać swoich popleczników, z drugiej jednak strony pragnienie sadyzmu i chaosu nie pozwalało mu siedzieć bezczynnie. Nie, musiał osobiście ujrzeć klęskę mnichów, którzy tyle razy krzyżowali mu plany. Obserwował, jak kruszeją mury świątyni od salwy pocisków robotów, które sfinansował. Wychylając na pobliskim wzgórzu wino Château, śmiał się głośno, bawiąc się niczym na znakomitym filmie akcji.
Teraz zaś odczuwał nudę i niedogodności podróży pojazdem Spicera, tak jakby upojenie porażką Xiaolin w gruncie rzeczy nie było warte zachodu, jak przypuszczał na początku. Prawdopodobnie nie czuł radości, ponieważ instynkt zbrodniarza zabraniał mu ufać ich tymczasowemu hegemonowi – Chase’owi Youngowi. Nie potrafił jednak sprecyzować swoich obaw.
Wuya siedząca obok zdawała się nie podzielać jego wątpliwości. Od początku wlepiała przygaszony wzrok na tablicę rozdzielczą, niby to z zainteresowaniem patrząc na świecące się diody i przyciski. Pandabuba domyślał się powodów jej apatii: kryptę z Shen Gong Wu, magicznymi przedmiotami, zastano opróżnioną. Czarownica knuła, w jaki sposób odzyskać artefakty. Podejrzewała, iż wysłano je do świątyni mistrza Guana, a jeśli nie, stary Fung pogrzebał je gdzieś w okolicach Xiaolin. Ta myśl spędzała jej sen z powiek. Drugi problem leżał w naturze zaliczających się do intymnych: świadomość uprowadzenia małej mniszki – podłej, głupiej smarkuli, jak raczyła nazywać Kimiko z częstotliwością raz na dwadzieścia minut. Zazdrosna kobieta jest w stanie zniszczyć wszystko, czego się dotknie. A nie ulegało wątpliwości, iż czarownica żywi chorobliwą zazdrość o księcia Heylinu. Zazdrość, nawet najdrobniejsza, to okropna przywara, świadcząca o niskiej samoocenie osoby zazdrosnej. Nie stłumiona prędzej czy później wprowadza patologie w każdy związek, bez wyjątku. Wuya zaś zalewała się zazdrością o człowieka, z którym – co najciekawsze – absolutnie nic ją nie łączyło. Przynajmniej takie wrażenie wywarł na Pandabubie Chase Young. Skoro zazdrość potrafiła zniszczyć miłość i przyjaźń u ludzi darzących się wzajemnym zainteresowaniem, czego należało się spodziewać po obsesji Wuyi względem księcia?
„Powinien ją zabić”, przemknęło złoczyńcy przez myśl i natychmiast warknął do Jacka:
– Co z tym zasranym wiatrakiem, co?

***

Kimiko wsadzono do lektyki szybko zbudowanej przez najbardziej utalentowanych w armii ludzi z racji, że Chase wolał nie ryzykować oddaniem jej do dyspozycji konia. Poza tym widok upadłego smoka ognia wystrojonego w odświętne szaty, noszonego przez jego wojowników, milczącego i powściągliwego, spływał miodem na serce.
„Zniszczę tym Guana”, ekscytował się, zaciągając lejce.
– Jak ci mija podróż? – zagadnął pozornie uprzejmie, acz ton jego głosu nie zdradzał cienia pozytywnych emocji, co najwyżej zobojętnienie.
Japonka wychyliła się zza pół chroniącego ją przed słońcem baldachimu. Skinęła delikatnie głową, dając jednoznaczną odpowiedź. Chase wymienił się z nią skinięciami i uderzył konia w boki, zmuszając do przyspieszenia kroku. W minutę znalazł się na czele pochodu obok Jebaka i Maximusa szepczących coś do siebie. Zamilkli, kiedy ich pan do nich powrócił.
Książę nie przywykł do bawienia się w podchody, od razu wnioskując, że rozmawiali o nim.
– Słucham, panowie, co wam nie odpowiada? – zaatakował beztrosko.
Spuścili głowy. Chase parsknął, popędzając rumaka. Pociągnął lejce, stanąwszy nieruchomo bokiem do jeźdźców. Zmusił ich do wyhamowania.
– Mówcie – zagrzmiał lodowato.
Zza kurtyny opadającego kurzu wynurzały się złote ślepia.
– Wasza Wysokość… – wychrypiał Maximus, lecz Jebak wszedł mu w słowo, wyciągając przysłowiową kawę na ławę:
– Skaż nas na śmierć, ale musimy powiedzieć to, co sądzimy, bo w przeciwnym razie czulibyśmy się jak zdrajcy. No więc nie podoba nam się w chuj, że traktujesz jeńca jak panią, czy inną księżniczkę. Jest dziwna, zarozumiała i, dam sobie rękę obciąć, podstępna. Uważamy wszyscy, że rzuciła na ciebie urok, dlatego nas ignorujesz i każesz jej usługiwać. To obrzydliwa kombinatorka, która tylko cię skrzywdzi, panie!
Chase zamrugał kilkakrotnie, przerzucił wzrok to jedną wyrażającą absolutne skupienie twarz, to na drugą, a następnie wybuchnął śmiechem, paraliżując tym obydwu wojowników.
– Moje kotki są zazdrosne o mniszkę Xiaolinu, do czego to doszło? – podsumował, wznawiając pochód.
Jebak i Maximus milczeli, dopóki ten drugi nie wyszedł z wyjaśnieniami:
– Martwimy się o ciebie, panie… Tylko tyle.
Chase pokręcił głową i rozpoczął swój wywód:
– Zazdrość, moje kotki, to ohydne uczucie. Nie zazdrośćcie, bo zamęczycie się na śmierć – spauzował, wzdychając cicho. – Mam wobec mniszki plany, duże plany. Nie bójcie się. Dziś rano napoiłem ją zupą Lao Mang Long.
Jeśli ostatnie zdanie miało uspokoić niewolników, wywołało odwrotny efekt. Twarz Maximusa zbladła. Chwycił się za serce w geście człowieka właśnie odnotowującego u siebie zawał.
– Bez strachu, tylko jedną kropelkę. – Young machnął ręką. – Tylko jedną, aby osiągnąć to, czego chcę…
Strach nie zasznurował ust Jebaka do końca, wymsknęło się z nich bowiem:
– A co chcesz osiągnąć, panie?
Na wargach księcia rozlał się lisi uśmiech.
– Czy to nie oczywiste? Żeby własnymi rękami wykończyła Guana.

***

Woda ściekająca z pleców lśniła w granatowej poświacie na wzór białej kości słoniowej. Dziewczyna wreszcie wstała, eksponując dwie krągłości pośladków odcinających się wyraźnie od cieni królujących wewnątrz namiotu. Starannie wycierała włosy, potrząsnęła głową. Odłożyła ręczniki i chwyciła za podarowaną jej buteleczkę olejku. Skropiła obficie dłoń, z sumiennością mandaryna masując gładką skórę. Rytuał ablucji wykonywała bez skrępowania, naturalnie, jakby od robiła to od lat, niczego nie strzegąc przed mężczyzną obsesyjnie przyglądającym się nocnym czynnościom realizowanym przez ciało.
Ciało, nie człowieka żyjący w ciele.
Opakowanie, nie jego zawartość.
Chase patrzył więc na ciało, wykluczając w nim istnienie osoby równej jemu. Czasem zastanawiał się, ile prawdy kryło w tym, co powtarzały mu kotki, a mianowicie: kobiety same włażą do łóżka facetom, wykorzystują swe dźwięki, by ich oczarować, że wystarczy tylko raz je przelecieć, a już suszą głowę, sięgając po genetycznie chyba przekazywane argumenty: „jeśli mnie kochasz, pozwól mi się wprowadzić. Jeśli mnie kochasz, weź lepszą pracę. Jeśli mnie kochasz, oświadcz mi się. Inaczej nie będzie seksu”. Kotki zgodnie twierdziły: kobiety są żądnymi władzy manipulantkami, grającymi na nerwach i emocjach. Trzeba je przekupywać obietnicami miłości i wspólnego życia, aby z czystym sumieniem dawały dupy. Krótko mówiąc: dziwki.
„Nie, nie dziwki. Oni nazywają je ladacznicami, tak… tak to szło. Ale cóż, z tą ladacznicą podbiję świat”.
Okryła się ręcznikiem, odwróciła w stronę wojownika Heylin i w kilku krokach podeszła do łóżka, gdzie grzał jej miejsce. Klęknęła na futrach, obcinając wygodnie siedzącego na nim księcia beznamiętnym spojrzeniem. Wydęła słodko usta.
– Analizowałam cały dzień – przemówiła dramatycznym tonem. – Nie mam zamiaru hańbić się konkubinatem.
Chase’owi nawet powieka nie drgnęła.
– Czyżby? – zagwizdał. – Kim zatem chcesz być? Martwą mniszką?
Nie poruszyła ją aluzja pogróżki. Oddychała miarowo, patrząc na Chase’a odważnie.
– Nie, księżniczką.
Brew wystrzeliła mu ku górze.
„Ła, co za tupet”.
– Czy ty wiesz, co mówisz?
Przytaknęła.
– Owszem.
Zadarł głowę tył, uderzając w szyderczy śmiech. Momentalnie spoważniał i porwał dziewczynę za ramiona, przygwożdżając ją do poduszek.
– Jeńcu, pytam raz jeszcze, wiesz, co mówisz?
Niebieskie oczy Japonki spoglądały na niego bez emocji, jedynie twarz pokryły purpurowe plamy. Głos wydobywający się z ust Kimiko nie szpeciła choćby nutka złości:
– Każda kobieta pragnie czuć się wyjątkowa. Twierdziłeś, że muszę dać ci miłość. Jakże miałbym dawać ci miłość, samej czując się jak rękawiczki, które w przy pierwszej okazji można wyrzucić? Dawanie miłości innym jest sprzężone z miarą miłości, jaką żywisz wobec siebie. W tej chwili ja siebie nienawidzę. Domyślasz się czemu? Sponiewierałam się z twojej winy – wysyczała, nie bacząc na politowanie wyostrzającą rysy twarzy księcia. – Nie rozumiesz?! Jeżeli zacznę ci teraz we wszystkim ustępować, poświęcać się, akceptować to, dla czego nie ma we mnie wewnętrznej zgody i udawać, że podoba mi się ten stan rzeczy, pożresz mnie całą. Nie zostanie we mnie nic. A ty się mną znudzisz i poszukasz innej ofiary, którą będziesz mógł pożreć.
– Ale ty jesteś moim jeńcem – przypomniał, ściskając ją za nadgarstki. – Ty nie masz nic do gadania.
– Może i nie, lecz i tak mogę to przerwać. Zabij mnie lub kochaj. Jeżeli zdecydujesz się na drugą opcję, uczyń mnie księżniczką. W przeciwnym razie popełnię samobójstwo.
„Ach, stare argument z brakiem seksu i zabiciem się? I graniem na emocjach? Typowa ladacznica”.
– Duma poprzedza upadek – wyszeptał tajemniczo. – Twoja duma urosła w jedną noc.
Przyjrzał się Japonce, ocenił wydarzenia sprzed ostatnich dwóch dni, ostateczny wybuch. Pojął jej położenie: mała grzesznica o rozjuszonym sumieniu, tchórz chroniący życie, pobudzona seksualnie istota. Trzy skrajne osobowości skropione destrukcyjną mocą zawartą w kropli zupy Lao Mang Long. Uśmiechnął się w duchu. Bieg akcji obrał nowy tor, wcale nie przeszkadzając w realizacji celu. To zdesperowane dziecko nic nie traci, pragnie odnaleźć siebie, złożyć do kupy swą połamaną osobowość, łyknąć nieco szczęścia – bezpieczeństwa i opieki, ponadto zachować niezależność wolnej wojowniczki. Chase potrafiłby jej to dać, jedynie za cenę głowy mistrza Guana.
– Dobrze, Kimiko – odezwał się łagodnie. – Zaśniesz dziś jako księżniczka Heylinu.
Źrenice jej oczu zwęziły się.
– T-tak? – wyjąkała.
Potwierdził skinięciem. Złapał za dłoń drobną dłoń, całując ją.
– Koronuję cię panią Heylinu, jeśli przysięgniesz, że zabijesz mistrza Guana.
Zapadła cisza, a odgłosy żerujących nocnych zwierząt tylko ją pogłębiały. Twarz Japonki stężała niczym wosk, przez co Chase doznał wrażenia, że uleciała z niej dusza, a on dotyka martwe, stygnące ciało. Wtem wypuściła z ust powietrze. Wzmocniła uścisk dłoni.
„Powiedz to, księżniczko, powiedz, powiedz…”
Zwilżyła różowiutkie wargi.
– Skoro sobie życzysz, zabiję mistrza Guana.
Okrutnie wesoły śmiech rozerwał ciszę nocną, co dotarło aż do uszu wciąż wachlującego się Pandabuby, który na drugim końcu obozowiska ganił Jacka za partactwo.

5 comments:

  1. Replies
    1. Dla Ciebie! Dlatego boję się, że bardziej spiertolę. xD

      Delete
    2. No to ten, na początku trochę srałam za przeproszeniem w gacie, kiedy Chase z laośką w buzi nachylał się nad Kimi. Lekki zawał był, ale jak kropelka i nic się nie zmieniała to się uspokoiłam.

      Spis momentów, które mnie podjarały bardzo:
      - Gdy Chase przyglądał się Kimi, kiedy spała;
      - Tekst o szparce, czy Kimi nie chcialaby pogadać (rozbroiło mnie to, świetny temat na rozpoczęcie nowego dnia xdd)
      - ręcznikowe macanko (wgl oryginalne te hot, fetyszowskie sceny były)
      - konkubinowska posłuszność Kimi, szkoda że to trwało tylko... 3 sekundy?xd
      - Jebak jako ten zły. Znów oryginanie. xD Pomyslec, że Jebak mógłby być taki zazdrosny i przewodzić innych zazdrośnikom. xd Ciekawa jestem, jak to dalej się potoczy;
      - Jak ci mija podróż <3
      - Słucham panownie <33
      - Evil plan Chase'a, żeby to Kimi zabiła Guana. xd Acz jako maskotka, która tuliłaby sie przy Guanie do nogi Chase'a tez by się moim zdaniem sprzedała. xd
      -Zabij mnie lub kochaj - ten tekst taki epicki. Normalnie na tytuł filmu chamikowego by się nadawał. xd I podjarał mnie, ACZKOLWIEK, nadal nie przekonała mnie do siebie ta buntownicza wersja Kimi. I to nie przez to, że Ty coś źle piszesz, ja chyba jestem już przejedzona Kimi stawiającą warunki. Z drugiej strony... Niby taka własnie Kimi powinna być.. Tak czy siak, nvm, wracajmy do tematu xd;
      A. W sumie to już wszystko. :x Reszta też była spoko, ale te to sprawiły, ze tak podskakiwałam. xD
      Ogólnie wszystko fajnie, fajnie sie toczy, fajnie prowadzisz. I! Co na plus i na co chciałam Ci zwrócić uwagę, bo lubisz moralizować. W tym shocie zrobiłaś to fajnie, delikatnie, bez przeginki, dobrze. ;q
      WENY <3

      Delete
  2. Dostałam dedykacje! *-* Czuję się wyróżniona i lubiana.... ;-; Dziękuję! XD To jeśli chodzi o rozdział to podobało mi się. Nie rozczarowałaś. xD Na początku śmiałam się do łez, jednocześnie upewniając się, że kocham ten pariing. Kocham go za te dialogi. xD Ta szparka... Ta sperma... XD Nie czytałam jeszcze nigdy czegoś tak... bezpośredniego. :D Wiedz, że to Ci plusuje.
    Zaskoczyło mnie, że Chase się modli. xD Myślałam, że on taki wyrachowany, zły, nikczemny. Bezbożnik! xD Nie tylko z tym mnie zaskoczyłaś, ale też z tym Jebakiem. Obstawiałam, że kotki będą dalej próbować... swoich sił XD u Kimiko, że jak się nadarzy sposobność, to spróbują znów ją zgwałcić. Okazali sie jednak mniejszymi dzikusami, bo ważniejsze dla nich dobro pana. To... dobrze xD
    Na koniec po całości zszokowała mnie końcówka! Kimiko zgodziła się zabić mistrza Guana! No dobra, to było jeszcze do przewidzenia, bo oddała się wrogowi, ale jakie warunki podyktowała! Znowu doświadczyłam szoku xD Jak Ty zaskakujesz! Nie da się przewidzieć,co będzie dalej, bo tak się tyle zmienia. Także nie wiem czym zakończyć komentarz. XD Chyba złożę życzenia, byś kontynuowała. Czekam z niecierpliwością na next. Przy okazji czytam sobie inne opowiadania tutaj. :D

    ReplyDelete