Wednesday, February 8, 2017

Heylin Cesarzowa cz.4



Krople deszczu ostrzeliwały kałużę w ziemi, w której utkwiłem wzrok, i która wydawała mi się rajem, bo poza deszczem nie dręczyło jej już nic. Stałem otoczony przez mych dwóch braci na środku dziedzińca z drewnianym pasem krużganków. Niezałatane dziury w dachach odwzajemniały się przepuszczaniem strug ulewy, jaka ponownie rozerwała niebo z tradycją, kiedy dział się konflikt między mną a Guanem. Stary Mistrz stał przede mną, dzierżąc w dłoni kij sprawiedliwości z grubego bambusa, którym okładał mnie do krwi.
– Masz dwadzieścia lat, Chase. Jesteś dorosłym mężczyzną, a zachowujesz się jak dzieciak. Nie ruszaj się! Zabraniam ci się ruszać, aż skończy się kara!
Wziął zamach i uderzył mnie ponownie, otwierając kolejny płacht skóry na mych plecach. Obsypany licznymi cięciami nie czułem już tak silnego bólu fizycznego, jak na początku, ani ciepła rozlewającej się krwi, mieszającej się w równie ciepłym deszczu. Znacznie większe cierpienie rozsadzało mi dumę i serce, odcinając od powietrza i zakreślając w umyśle chęć zemsty. Dawno straciłem rachubę czasu, ale wiem, że zaczął karać mnie za coś, czemu nie byłem winny jeszcze zanim zaczął padać deszcz i za nim wiadra stojące pod rynnami zdążyły się napełnić.
– Wiesz, że sprowadzanie kobiet do klasztoru jest wysoce zabronione! A to, że spoufalałeś się z nimi, jest… jest obrzydliwe!
Już dawno przestałem zaprzeczać po tym, jak przestałem dostrzegać w tym sens. Nie istniał żaden dowód na to, jakobym dopuścił się zdrady celibatu i dał upust żądzom; było jedynie moje słowo przeciwko pomówieniom Guana, z czego jego zdanie miało z jakiś powodów dwa razy mocniejszą wiarygodność. Co gorsze, to on był tym, który złamał kodeks i czynił to w zasadzie od dłuższego czasu.
W zawiści przeniosłem wzrok z kałuży na bezczelny wyraz twarzy, jaki zawitał u usatysfakcjonowanego takimi, a nie innymi kolejami losu Guana. Jego oblicze, nigdy nieskażone myślą, jedynie bardziej podburzało mój umysł i krew w żyłach. Nienawidziłem go. Motywowany pragnieniem, by nie dawać rywalowi większej satysfakcji, spinałem się cały i nie dawałem się złamać. Znosiłem wszystko, aczkolwiek na kolanach. Nic więcej jednak nie zamierzałam dawać. Nikt nie ujrzy mych łez, nikt nie ujrzy mego mdlenia. Nikt nie ujrzy więcej, jak klękam, bo był to ostatni raz…
A pokładałem w tobie wielkie nadzieje, Chase. Wielkie. Miałem nadzieję, że przewyższysz swoich braci. Miałeś to zrobić, bo dostrzegłem w tobie potencjał, odkąd cię przygarnąłem. A nie musiałem tego robić! Mogłem cię zostawić, żebyś gnił, lub żeby w łaskawości Niebios wychowały cię psy! Tak mi się odwdzięczasz za okazanie ci serca? Dałem ci dach nad głową, jedzenie, wykształcenie! Miałem mi się odwdzięczyć, lecz nie… nie… ty nie jest dobry. Ty jesteś rozczarowaniem. Dlatego też twój trening na smoka wydłuży się. Daje ci ostatnie trzy lata, byś dowiódł, że zasługujesz na tytuł Smoka. Jeśli w ich ciągu nie dojrzejesz, zostaniesz skazany na śmierć, bowiem nikt, kto nie jest Smokiem, nie opuszcza Klasztoru znając nasze tajemnice…
– Moim zdaniem powinieneś go wyrzucić na zbity pysk, mistrzu. On nigdy niczego nie osiągnie – ośmielił się wtrącić Guan.
Zacisnąłem dłoń na piasku.
– Cisza! Ja zadecyduje! To, co zrobił wasz młodszy brat, było obrzydliwym występkiem… ale wszakże jest tylko człowiekiem. Mimo wszystko należy mu się ostatnia szansa. Możesz więc hodować dalej swoje kudły, mnichu – zwrócił się na koniec do mnie.
Wziął ostatni zamach, ale kij nie dosięgnął mnie; chwyciłem go w dłoń i zatrzymałem, zaskakując tym samym Mistrza. Wściekłość za to zuchwalstwo wstąpiła w jego oczy.
Jak śmie… urwał, bo nagle zaatakował go ciężki atak kaszlu.
Starzec złamał się w plecach, jak gdyby pękł mu kręgosłup od silnego uderzenia z tyłu. Żaden oponent się  jednak zanim nie krył, to coś innego nagle pozbawiło go wszelkich sił, że w końcu złapał się za serce i nie przestając kaszleć, padł na kolana, równając się ze mną. Zdawał się dusić w osobliwych męczarniach okupujących jego krtań. Spojrzał na mnie w niewysłowionym apelu po pomoc. Przerażeni tym widokiem Dashi i Guan natychmiast podbiegli. Ja zaś nie ruszałem się z miejsca, tak jak mi przecież rozkazał.


Obudziłem się, wyrwany ze snu ubarwionego w przeszłość, kiedy cesarzowa znów zaczęła wzywać. Wyuczony na przestrzeni lat do nieprzerwanego czuwania, natychmiast wyciągnąłem sztylet spod poduszki, w poszukiwaniu wroga. Ale prócz ciemności, spowijających czerwoną komnatę Jej Cesarskiej Mości, nie zobaczyłem nikogo. Moja pani leżała obok mnie, skuta koszmarem, wstrząsającym ją psychicznie i nikt poza nim jej nie atakował.
Wykrzykiwała jazgoty, które z początku wydawały się całkiem pozbawione sensu. Natychmiast wziąłem się za jej wybudzanie, nim cały pałac postawi niepotrzebnie na nogi, lub, co gorsza, a czego moje liczne i nieustannie wzrastające obawy sobie wyobrażały, koszmary odcisną piętno w umyśle Heylin pani, i tak powoli uchodzącą za niezrównoważoną, co odbiłoby się na wszystkich.
– Idą po mnie… idą…! – Wiła się niczym wąż w sidłach myśliwych, tudzież w satynowej pościeli, która otulała nas nagich oboje w cesarskim łóżku.
Przekręciwszy się do niej, ścisnąłem dłonie na jej zimnych, białych ramionach, zazwyczaj gorących jak wrzątek, po czym najdelikatniej, jak umiałem, potrząsnąłem nią raz i drugi. Z początku nie przyniosło to żadnych efektów, nie mogła się obudzić. Spróbowałem szeptami przemówić do jej umysłu, wyrwać go ze szpon mrocznych mar.
– Zabiją mnie…! Chcą zemsty, zemsty…!
Nie słuchała mnie, była zbyt odcięta do świata, choć zacząłem wołać. Zmuszony do ostateczności wykrzyczałem jej imię, gdy ona wypowiadała imiona swych poległych przyjaciół jak mantrę. Poskutkowało. Czerwone oczy zalśniły, jak zwykle wywołując u mnie jeszcze większy dyskomfort i pobudzając każdą komórkę w mym ciele, stawiając je całe w gotowości na wszystko. Wraz z otwarciem oczu, wszczepiła paznokcie w moje ramiona i dźwignęła się na tyle, by móc wycedzić mi przez zęby przerażenie, które wprawiało ją w kolosalne drżenie.
– Idą po mnie…!
– Kto taki? – spytałem, zdejmując z siebie ostrożnie jej kły i z troskliwością kochanka układając ją z powrotem na pościeli. Liczyłem, że idąc z nią na dialog poświęcony treści koszmarowi, zdołam nawiązać z nią bliższy kontakt i dotrzeć do świadomości, która nadal nie mogła do końca się otrząsnąć i tkwiła gdzieś na granicach rzeczywistości. Po trochu przyzwyczaiłeś się do robienia za niańkę.
Przełknęła ślinę, bodajże wracając szybciej, niż zakładałem.
– Omi, Raimundo i Clay… – orzekła lodowatym tonem, niczym wróżbitka przepowiadająca nieunikniony koniec świata. – Idą po mnie! – Rozpłakała się, a cieknące strużki łez zalśniły na jej policzkach jakby były z brylantów. Te ciężkie szlochy powoli zaczynały działać mi na nerwy, niestety musiałem znaleźć w sobie jeszcze odrobinę cierpliwości.
– Przecież oni nie żyją – przypomniałem, ale ona pokręciła głową.
– Widziałam ich sylwetki, wytykali mnie palcem, zarzucali zdradę, a karą za zdradę jest… śmierć!
– Zwykły sen. Nie daj mu się opętać.
Pomyślnie ulokowałem jej mokrą od potu i płaczu głowę na poduszkach, uważając, by przy poruszaniu nie pociągnąć ją za porozrzucane wszędzie włosy. Poruszała we mnie wewnętrzne struny, wyolbrzymiając to spłoszone spojrzenie ofiary grozy, doszukujące się wsparcia.
– Śpij, cesarzowo. Nie masz się czego obawiać. Tylko skończony dureń spróbowałby po ciebie przyjść, gdy ja jestem obok.
Nie przestając się trząść, pokiwała głową, obracając się do mnie i wtulając głowę, pragnąc większej bliskości. Dosunąłem się i okryłem władczynię szczelnie kołdrą z najdoskonalszego chińskiego jedwabiu, zauważywszy, że od tych szamotań ukazała niemalże całe swe drobne, niezwykle jak na wojowniczkę ciało. Nigdy nie spała ze mną w ubraniu, ja zresztą też nie, nawet jeśli przedtem nie pałaszowaliśmy się wzajemnie w łóżku. Po prostu sobie tego nie życzyła, by w razie gdyby nocą naszła ją jakaś nagła ochota, byliśmy natychmiast gotowi do zaspokajania niedających się poskromić na dłuższy czas pragnień.
Kimiko miała apetyt, jeśli chodzi o seks, a ten zdawał się wzrastać wraz z każdym kolejnym razem. Wieść o tym, że sypiam z cesarzową, rozniosła się w ciągu kilku dni. Głównie sama się do tego przyczyniła swoją nieumiejętnością zamykania jadaczki. Do tego komendy, jakie słała były wręcz wabikiem, szczególnie na kocich wojowników, którzy z wielowiecznej natury wykształcili w sobie wszystkie cechy nieokiełznanych kobieciarzy o nieskończonych pokładach chuci.
„– Mocniej, jaszczurze, pokaż, na co cię stać!”
„– Rżnij mnie, nie przestawaj!”
„– Tak, tak mi właśnie rób!”
Podniecałem się więc nie tylko ja, ale i każdy, kto stał pod drzwiami i podsłuchiwał. Z tego co Jebak mi meldował, wielu kocich wojowników nie zdołało odmówić sobie przyjemności walenia konia w akompaniamencie jęków swej umiłowanej cesarzowej. Pod jej rządami nieszczęśliwie zaczęło rozrastać się prostactwo.
Oczywiście, jak przeczuwałem, nie skończyło się na jednym numerku, który należał jeszcze do tych, jakich się nie zapomina, bo kochanka jest niezwykle wyrafinowana. Nie zapomnę go, lecz czy zapamiętam najlepszy w moim życiu? Szczerze powiedziawszy, był do dupy, ale potem było już tylko lepiej. Odkryłem smak japońskiej kobiety, stwierdzając, że jest ognista, zmysłowa, niezwykle wytrzymała i chętna wyzwań. Co mnie wkurwiało, to brak jakiejkolwiek uległości, przez co dziwnie czułem się przy pierwszym raz, jak śmieszny nowicjusz i niesmak dręczyć mnie będzie jeszcze przez kawał czasu. Nasz związek w kwestii łóżka dopiero się narodził i raczkował, ale już teraz byłem pewien i z lekka wystraszony, że jeśli dalej będzie wysuwać tak zbereźne i niekonwencjonalne pomysły na wyładowanie napięcia w kroczu, to mogę nie sprostać jej oczekiwaniom. Nigdy nie umiałem stwierdzić, co uzasadnia wybór miejsca, w jakim mieliśmy się ruchać, ani w pozycji, ani fetyszy, które lubiła do nich załączać i nimi urozmaicać nasze i tak atrakcyjne pożycie – czy to pora dnia, czy humor, czy coś jeszcze innego. Raz chciała tego, raz tamtego. Kiedy zaczynało mi się zdawać, że już ją rozgryzłem i przejrzę jej następną fantazję, ona wyskakiwała z propozycją bzykania się na podłodze w komnacie obrad, tuż przed przyjściem żołnierzy.
Najbardziej jednak uwielbiała robić to w sali tronowej, za czym ja nie do końca przepadałem; zasiadała na tronie, rozkładając nogi i wypowiadając życzenie, wówczas klękałem przed nią, rozpinając spodnie. Ona otrzymywała niebywałą przyjemność, wydzierając się wniebogłosy, mnie zaś napierdalały kolana od tkwienia na kamiennej podłodze. Z drugiej strony nie istniało dla mnie nic lepszego, jak stawianie mi kolejnych wyzwań i pułapów do przeskoczenia. Choć nie taki przewidywałem dla siebie los, jakże mógłbym narzekać na to, że to ja wsadzam kutasa cesarzowej świata, a nie ktoś inny? Przywilej, za który wielu by się zabiło.
Ale nigdy przyjemność nie mogła być idealna i nie iść w parze z problemami. Wyjątkowe nadanie musiało mieć swoje słabe strony. Moja pani cierpiała na koszmary senne, jakie śniły jej się każdego tygodnia. Noce z nią, bodaj cudowne z początku, stały się ciężkie i nurtujące, szybko odzwyczaiłem się od spokojnego snu i wysypiania. Kimiko zakłócała mi odpoczynek swoimi ciężkimi szlochami, krzykami i wierzganiem.
– Cóż się znów dzieje, Wasza Okrutność? – pytałem, dźwigając się na łokcie w środku nocy.
Czasem budziła się od razu, a czasem sam musiałem ją wyciągać ze złego snu.
– Idą po mnie! Chcą mnie zabić!
– Nikt po ciebie nie idzie, jesteś bezpieczna.
– Nie! – Najgłośniej krzyczała zaraz po przebudzeniu. – Wiem, co widziałam. Wiem, że po mnie idą. Gdzieś się już pewnie czają… chcą mnie zgładzić za to, co im zrobiłam.
– Nikt cię nie zgładzi, nikt cię nie tknie. Jesteś cesarzową, najlepiej chronioną dupą na tym świecie.
– Idą po mnie, mówię ci, że i…! … I… I nie wysławiaj się tak do mnie… – Na koniec popadała już tylko w szloch.
– Śpij, moja pani. Jak przyjdą, to pourywam im łby. – Kładłem ją z powrotem i albo się uspokajała, przeganiając obawę przed snem, albo do końca kręciła głową, płakała, aż traciła przytomność pod moim spojrzeniem, w moich ramionach.
I tak praktycznie zawsze. Kiedy zdarzało się szczęśliwie, że jednak spała ciągłym snem, ja co godzinę się budziłem z wrażenia, że coś jest nie tak, bo jest byt cicho. Na wszelki wypadek,oraz po to, by ona sama czuła się bezpieczniejsza, jakby samo spanie ze mną nie było wystarczające, kazałem potroić straże. Nigdy jednak nie została przeprowadzona choćby próba zamachu na cesarzową, więc tym bardziej uważałem, że nie ma powodów do paniki, ani by aż tak histeryzować. Przekonywałem się coraz dobitniej, że pragnie mnie nie tylko jako doradcę, pomagiera czy kochanka, ale przede wszystkim jako wsparcie, bo źle się z nią działo. A ja chciałem być jej tym wsparciem, od początku, odkąd przeszła na stronę sił Zła. Miałem ku temu również własny powód, który między innymi pomógł mi przyjąć ją na moją panią.
Zdążyłem poznać szaleństwo, widziałem je na własne oczy, doświadczając jego kłopotliwe skutki. Teraz moja cesarzowa popadała w obłęd, bo rozpadało się jej jestestwo i nie mogła ogarnąć nowej siebie, acz przy wszystkich próbowała zgrywać twardą i opanowaną. Życzyłem sobie po stokroć, żeby jej koszmary o mnichach urządzających jej zemstę kiedyś się skończyły. Polegałem jednak na trzeźwym i surowym osądzie, który smutnie mnie zapewniał, że prędzej lwy zaczną uciekać przed owcami i wiązać się z tygrysami niż żeby Kimiko zaczęła miewać kolorowe sny. Jeśli jeden filar jest po prostu wadliwy, zacznie się sypać cała konstrukcja, a ona była wielce niestabilna. Obserwowałem ją bez przerwy, wysuwając wniosek za wnioskiem i diagnoza pozostawała niezmienna: stawała się szalona. Jeśli miałem uchronić cesarzową od głębszego tonięcia w chorobie, musiałem zacząć działać, nieważne czy pod aprobatą jej woli. Nie złamię przysięgi lojalności, o ile będę działał dla jej dobra. W gruncie rzeczy nie chciałem, żeby tej istotce się coś stało.
Najmocniej wzruszała mnie podczas spokojnego śnienia – wówczas była potulna i jakże znośna. Słodka i urocza, trzymała te krwiste oczy schowane pod białymi powiekami. Na powrót stawała się podobniejsza do tamtej Kimiko, tej dobrej wersji siebie, z którą pewne nigdy nie skończyłbym w takich okolicznościach, jak z tą. Lecz rano, gdy wstanie, znów zacznie okazywać mi oziębły i obojętny stosunek, wróci do bycia złośnicą, będzie wredna, krzykliwa, niezrównoważona. Musiałem się do tego chociaż spróbować wyspać, jeśli chciałem uporządkować chaos w jej głowie i choć odrobinę sprawić, aby i za dnia, nie tylko w nocy przy miłych snach, umiała odnajdywać spokój, jakże niezbędny człowiekowi do prawidłowego zarządzania światem.


Sala tronowa jaśniała w srebrnych pasmach światła, jakimi wysokie okna ostrzeliwały marmurową podłogę, wprawiając ją w świetliste migotanie, które następnie posyłało blaski na pozostałe skrawki pomieszczenia. Jedynie tron pozostał przyćmiony cieniem, bowiem okalająca go wstęga okien całkowicie została przysłonięta bordowymi, ciężkimi zasłonami. Światło rysujące się na podłodze dzieliło mnie i stojącą naprzeciwko cesarzową, rozważającą w ciszy moje słowa. Po upływie dłuższej chwili milczenia, które nad wyraz rzadko się jej zdarzały, wreszcie otworzyła usta.
– Uważasz, że jestem chora?
– Skąd – skłamałem, by nie urazić jej uczuć. – Tego nie powiedziałem. Po prostu uważam, że jesteś zestresowana przez zbyt dużą ilość spraw na głowie. Mogę zaoferować ci kuracje, która pomogła mnie, może pomóc też i tobie.
Pokiwała głową, spoglądając na mnie z nadzieją w oku. Bądź co bądź sama wiedziała, że przydałoby się jej coś więcej, niż tylko tabletki na uspokojenie, aby przestała wstawać z podkrążonymi oczami.
– Co za kurację masz na myśli?
– Medytacja – odparłem ze związanymi za sobą rękoma. – Nie ma nic lepszego jak wyciszanie umysłu i ćwiczenie skupienia poprzez manualne oddychanie.
– Manualne oddychanie?
– Następuje wtedy, gdy myślisz o tym, że oddychasz. Jest to tak nienaturalne dla człowieka zwracanie uwagi na coś, co robi przez cały czas, iż natychmiast przestaje myśleć o czymkolwiek innym, pragnąc jak najprędzej wyrzucić z głowy tę myśl. Podczas medytacji nie walczy się z tym, zaczyna się badać swoje ciało wraz ze świadomością. To pierwsze kroki do odzyskania nad sobą pełnej kontroli. Szczerze polecam.
– Nie uczyli mnie w klasztorze medytacji.
Wzruszyłem ramionami.
– Jak wielu rzeczy, bo czegoż mógł cię nauczyć taki zeszkapiały pederasta jak Fung?
– No dobrze, to spróbujmy – odparła.
Przenieśliśmy się do sali rekreacyjnej, usianej przez masę wolno spoczywających na podłodze poduszek i żółtych świec. Na rozkaz cesarzowej pomieszczenie opuściła straż i służba, by dać nam więcej prywatności niezbędnej do sięgnięcia po spokój absolutny. Zajęliśmy miejsca naprzeciwko siebie. Nieustannie dostrzegałem pewną niechęć i brak pełnego przekonania na twarzy mojej pani. Zachęciłem ją jednak, by mi zaufała, w końcu pragnąłem jej tylko pomóc.
– Zaczniemy powoli. Zamknij oczy i słuchaj się mojego głosu.
Poszła za moim poleceniem, przyjmując odpowiednią pozycję. Położyła tak jak ja dłonie na kolanach i wyprostowała się, aby drogi oddechowe były jak najlepiej udrożnione. Wspólnie zaczęliśmy skupiać nasze myśli na oddechu, jednocześnie przestając zwracać uwagę na to, co nas otaczało. Dla lepszej koordynacji umysłów, doradziłem, by przez najbliższe parę minut nie przestawała myśleć o niczym innym, jak tylko o oddychaniu. Ja przerwałem, otwierając oczy, by śledzić jej poczynania, w końcu nie chodziło o to, bym odpływał razem z nią. Po tym, jak spinała się mimika twarzy u niej i drgały brwi, odnosiłem wrażenie, że albo się nie stara, albo znudziła się tym już na samym początku.
– To da ci ukojenie i nauczy kontroli umysłu – motywowałem ją więc, co dawało na jakiś czas efekt. Aby pierwszy odłam czasu, który miał ją wprowadzić i nauczyć podstaw upłynął jej w miarę szybko, zacząłem opowiadać o korzyściach, jakie medytacja ze sobą niesie. – To przysłuży się nie tylko twojej świadomości, ale praktykowanie medytacji przez dłuższy czas pozwali ci się z nią głębiej zidentyfikować, dojrzeć problemy, które skrywają się w twojej podświadomości, czyli o których jeszcze nie wiesz, ale odezwą się niebawem, na przykład w snach, i w porę je wyeliminować. Oczyścisz swój umysł z lęków, stanów depresyjnych, stresów. Rozwiązania różnych planów i strategii zaczną ci od razu wpadać do głowy, a podejmowanie decyzji stanie się łatwiejsze.
Przemilczałem fakt, że spróbuję wywołać u niej pewien stan emocjonalny, czyli szaleństwo, aby poznać i zbadać jego źródło, co go wywołuje; dowiem się, czy to tylko niestabilność ducha, który przeistoczył się w swoją odwrotną wersję w trakcie sekund, co dla przyrody nie jest zmianą normalną. Następnie pomógłbym stawić czoła problemowi i go unicestwić, lecz najpierw trzeba było się do niego dokopać. Spostrzegłem, że Kimiko nabrała spokoju i oddychała miarowo, pełną piersią.
– Tylko nie zaśnij, bo często się to zdarza początkującym.
– Za kogo ty mnie masz!
– Za początkującą.
– Nie jestem byle początkującą.
– Mhm. Skup się.
Czas leciał, a ja nie przestawałem upominać Kimiko, aby oddychała manualnie. Kiedy uznałem, że jest gotowa, otworzyłem etap drugi.
– Rozważałaś sobie kiedyś, kim jesteś?
– A co?
– Rozważ sobie to teraz.
– Po co?
– Rób, co mówię.
Liczyłem, że zacznie filozofować nad swoją osobą, analizować to, że jest cesarzową i co to oznacza w praktyce. Zajęło jej to minutę, więc nakazałem, aby nie przestawała i badała każdy element siebie, każdą cząstkę, każde znaczenie słowa „cesarzowa”. W moim założeniu miała dojść prędko lub nie, do wniosku, że skoro jest cesarzową, to jest najpotężniejszą osobą na świecie. Zorientowałem się, że westchnęła w pewnym momencie, jakby na coś wpadła i powziąłem to za dobry znak. Kiedy chciała, umiała być pojętną uczennicą.
– Jako cesarzowa nie powinnaś drżeć o swoje życie, wiesz to, tak?
Pokiwała głową.
– Chcesz, żebym całkowicie się wyzbyła strachu? – spytała.
– Nie, absolutnie nie. Strach jest dobry, ale nie paniczny, bo on wyprowadza cię z równowagi. Naturalnym są dla władcy obawy przed na przykład utratą władzy, lecz one muszą być uzasadnione. Jeśli jesteś dobrym władcą, a wrogów trzymasz w szachu i uniemożliwiasz przeprowadzenie zamachu, to czemu masz się bać przewrotu? Jedyne, czego powinnaś się lękać to siebie i swoich słabości, a ich się nie da całkowicie usunąć, zawsze jakieś istnieją. Najważniejsze, żeby być ich świadomym.
Kimiko coś nagle zmarkotniała, jakbym zahaczył o jakieś ukryte sedno sprawy.
– Teraz wspomnij to, co śniło ci się w nocy – powiedziałem, ale ona odmówiła.
– Nie chcę.
– Musisz stawić czoła strachom albo zawsze będą cię przerażać.
Przygryzła dolną wargę, po czym usłuchała. Te same koszmary śniły jej się z taką częstotliwością, iż nie powinna mieć z tym żadnych problemów z ich przywołaniem. Przygotowałem się na ewentualne wybuchy z jej strony.
– O czym one są? – spytałem.
– O moich byłych przyjaciołach. Widzę Omiego, Raimunda, Claya…
– Chcą ci zrobić krzywdę?
– Chcą mnie zabić za to, że ich zdradziłam – fuknęła. – Stanowię według nich największe zagrożenie dla świata, a Xiaolin każe takie pokonywać…
– No tak, ale ty jesteś cesarzową, która mieszka w niezniszczalnej twierdzy i ma obstawę z setek tysięcy żołnierzy. A ich już dawno nie ma, nie wrócą z zaświatów jako duchy, bo przecież co najwyżej to mogą być właśnie duchami. Zabiłaś ich, pamiętasz?
Otworzyła oczy, marszcząc brwi.
– Nie chcę już w to bawić.
– Teraz chcesz to przerwać? Na pewno nie. – Właśnie docieraliśmy do kluczowego punktu, pomyślałem, że nie mogę jej tak łatwo odpuścić.
– Nudzi mnie to, tak? Siedzimy tu już tyle czasu, nie chce dłużej. W ogóle nie chcę poruszać tematu moich snów!
– I tak to przyspieszam jak mogę, bo do wszystkiego powinnaś dochodzić sama. Szybciej się już nie da, więc przestań być taka w gorącej wodzie kąpana. Zaufaj mi trochę. Jeszcze raz powtórz w myślach to, co mówiłem o duchach.
– Daj mi spokój!
Spróbowała wstać.
Siadaj… łaskawie… – nakazałem nader groźnie, używając mocy do ponownego usadzenia jej tyłka na podłodze.
Chyba wrócił jej rozsądek, bo przybrała z powrotem odpowiednią postawę. Znów przez chwilę jakoś nam szło, ale Kimiko szybko z powrotem zaczęła kręcić głową, narzekać, biadolić… Namawiałem ją dalej, by się nie poddawała. Ona straciła miarowy oddech, który przerodził się pospieszny, płytki i niekontrolowany. Nie zauważyła, kiedy jej zaczął pojawiać się przy niej płomień.
Złapała się za głowę, gniotąc sobie fryzurę. Wciąż jedna jej połówka próbowała wypełniać moją wolę, druga zaś stawiała opór i się buntowała. Znów stawała się mniej stabilna psychicznie, odzywało się jej szaleństwo. Musiałem coś zrobić albo mi zaraz ucieknie.
– Wiesz jakie będą jaka, kiedy oszalejesz? Wiesz, że to grozi utratą władzy? Musisz kontynuować. Musisz…
– Powiedziałam DOŚĆ!
Machnęła rękoma, nie patrząc, co robi. Z jej dłoni wystrzeliły pociski ognia, które falą rozlały się po pomieszczeniu. Zareagowałem w ostatniej chwili i osłoniłem się, jednak poduszek i świec nic nie zdołało uratować. Spłonęły doszczętnie w przeciągu kilku sekund, zostawiając niewielkie stosy popiołów, a na podłodze pojawiły się czarne ślady. Mizerność przejęła wygląd cesarzowej, z opanowanej i dostojnej przeradzając ją w żałosną trzpiotkę. Dostrzegła bałagan, jaki narobiła, a także spotkała się z moim zirytowanym spojrzeniem. Jęknęła. Ciężko oddychając i dochodząc do siebie, nie przestawała rozglądać się na boki w ocenie tego, co narobiła. Jasne, służba wszystko sprzątnie, ale skaza na jej dumie i tak pozostanie. Nie było po co kontynuować lekcji, przynajmniej do czasu, aż się ogarnie i przełamie do współpracy.
– Ochłoń, pani. Jeszcze spuścisz cały pałac z dymem.


Guan, wystarczy tego. To był niefortunny zbieg okoliczności, a to nie jego wina protestował Dashi, który po śmierci Starego Mistrza przejął dowództwo nad klasztorem. Teraz to jemu wszyscy mieliśmy być posłuszni i lepiej, że jemu, niż takiemu Guanowi, który w swej imbecylności próbował powiązać zawał nauczyciela ze mną. Jak zwykle mogłem zapewniać o swej niewinności, ale on widział we mnie zwały grzechów.
– Stary Mistrz umarł, co teraz z nami będzie? – pytał, na co Dashi poklepał go po ramieniu.
– To, co było nam od początku przeznaczone. Będziemy kontynuować dzieło naszego Mistrza. Mówił nam, że jako Smoki i Mistrzowie jesteśmy w stanie odkryć tajemnicę długowieczności. Tych sposobów jest wiele, każdy z nas znajdzie własny, ale najważniejsze, byśmy trzymali się razem. Bądź co bądź, jesteśmy braćmi.
Miałem Dashiego za naprawdę mądrego oraz za brata, któremu mogłem z pełną odpowiedzialnością powierzyć każdy sekret. On jeden wierzył też zawsze w moją niewinność, a gdy znałem jakieś rozwiązanie, albo posiadałem dobrą rade, był w stanie ich wysłuchać.
– Czasem mnie pogrążasz, Chase. Jesteś młodszy, a jednak zaskakująco mądry – mówił mi na pocieszenie.
Niestety rozczarował mnie w dniu, w którym uznał, że znalazł sposób na nieśmiertelność i swoje powołanie Smoka.
– Człowiek jest nieśmiertelny wtedy, kiedy pozostawia coś po sobie. Jakiś ślad, który jest niezmywalny. Artyści pozostawiają dzieła, dzięki którym są wieczni. Ja też coś podaruje światu, coś wyprodukowane z mojej esencji – orzekł.
Miał na myśli wyprodukowanie przedmiotów, głupich zabawek, które ponazywał Shen Gong Wu. Uważałem to za absurd. Co to za nieśmiertelność, kiedy on i tak przeminie, bo umrze? Co z tego, że ludzie będą o nim mówić w przyszłości, jeśli on sam nie będzie w niej uczestniczyć? Kręciłem głową, próbując przekonać go do swojej racji, jednak tym razem to on widział lepiej. Po raz pierwszy srodze się pokłóciliśmy. Powiedziałem sobie, że ja nie dam się zabić i choćby nie wiem co, zdobędę Smoka, a potem nieśmiertelność – prawdziwą nieśmiertelność, która odpędzi ode mnie śmierć.
Ku mojemu własnemu zdziwieniu, losowi udało się połączyć siły naszej trójki oraz sprawić, byśmy choć na godzinę zapomnieli o naszych zwadach. A stało się to za sprawą Wuyi, która spuściła na klasztor atak, pragnąc okraść Dashiego z jego badziewi, dając zadość moim przypuszczeniom, iż przy istnieniu takiej broni, wkrótce pojawi się na horyzoncie wróg. Daliśmy jednak radę heylińskiej wiedźmie, choć i tak, zamiast działać razem i współpracować, każdy z nas pojedynkował się solo, jakby były to zawody, w których pragnęliśmy z osobna udowodnić, kto jest lepszy.
Po tym wydarzeniu w klasztorze Xiaolin nastał czas odpoczynku, lizania ran, łatania dziur w murach, po czym znów wracały serie ciężkich treningów. Trenowałem zgodnie z tym, co pozostawił po sobie Stary Mistrz i wszyscy mędrcy, znawcy ciała ludzkiego w zwojach. Nie odpuszczałem sobie, nie poddawałem się, po prostu brnąłem dalej. Guan nie przestawał być irytujący, acz rzadziej zaczął pokazywać mi się na oczy. Każdemu z nas przyświecał jeden cel – osiągnąć nieśmiertelność. Ja dodatkowo musiałem jeszcze otrzymać tytuł Smoka, który Dashi mógł mi nadać. Najpierw jednak trzeba było udowodnić, że jestem godzin i temu poświęcałem się całkowicie. Dzień i noc wypruwałem sobie żyły, że opanować każdą dziedzinę nauki Xiaolin do więcej niż perfekcji. Lały się ze mnie krew i pot, ale nigdy łzy – wyzbyłem się ich, wyrzuciłem tę wstydliwą umiejętność. W końcu wyrobiłem w sobie nawyk do masakrujących mięśnie i taranujących granice wytrzymałości ćwiczeń. Wszystko zaczynało przychodzić mi coraz łatwiej, cierpliwość tak głęboko wpisała się w szeregi moich cech, iż stałem się ślepy na Guana, czy cokolwiek,  co mogłoby mnie niepotrzebnie wyprowadzić z równowagi. Dashi powiadał mi, że jest ze mnie dumny, że Staremu Mistrzowi szczęka by opadła, gdyby nadal żył, bowiem tak wielkie postępy poczynione. Dla mnie jednak ani jego słowo, ani nowe odbicie w lustrze nie dawało mi pełnej satysfakcji. Dopóki nie zostanę Smokiem, dopóty nigdy sobie nie odpuszczę.
Aż nadszedł ten ponury dzień, w którym zawalił mi się świat.
Przykro mi Chase, naprawdę, ale nie zostaniesz Smokiem – przemówił Dashi, po długim milczeniu pełnym grozy, gdy przetrzepywał wszystkie znaki nakreślone przez Starego Mistrza w swoim testamencie.
– Powtórz, bo się chyba przesłyszałem.
– Ostatni tytuł został podarowany Guanowi. Stary Mistrz nie spisał więcej dekretów, nie ma dla ciebie zwoju z tytułem… Po prostu on nie istnieje.
Nie docierało do mnie. To brzmiało jak ukartowany z formatu podłości spisek. Pokręciłem głową.
– Daj mi to. – Wskazałem na testament, bo nie mogłem uwierzyć w to, że nie ma tam słowa o należącym mi się tytule. Po prostu nie kupowałem tej ściemy, Dashi nigdy nie był dobry w te klocki.
Zwinął zwój, zabierając go z mojego zasięgu.
– Nie ma potrzeby, byś to czytał.
Ponownie odniosłem wrażenie, że się przesłyszałem. Spojrzałem na niego jak na durnia, który wybrał złą porę na żarty.
– Dawaj to – rzuciłem krótko, następnie nie czekając na jego decyzję, znienacka wyrwałem mu testament.
Przeczytałem jego zawartość na jednym oddechu. Dashi zataił część prawdy, ale w dobrej intencji. Stary Mistrz w znacznie okrutniejszy sposób sprecyzował swoje myśli, powołując się na wszelkie zeznania Guania, jakobym był przez cały swój pobyt w klasztorze rozwydrzonym bachorem, któremu dyscyplina, szacunek, a przede wszystkim honor są obce. Uznał więc, dochodząc jednomyślnie do tego wniosku z Guanem, iż nawet jeśli skończę naukę, będę musiał obejść się ze smakiem, bo nie zamierza pozostawiać dla mnie w spadku niczego.
Niczego.
Poczułem, że uginają mi się nogi w kolanach. Straciłem oddech. Serce spadło mi na sam dół organizmu i zginęło gdzieś, bym nie mógł go podnieść.
– Dashi… Zrób coś – zwróciłem się do jedynego przyjaciela, wierząc, że skoro on teraz rządzi Xiaolinem, to może sprawić, by jednak zapanowała w nim sprawiedliwość.
– Nic nie mogę zrobić…
– Jak to nic? Masz władzę, możesz wszystko!
– Nie mogę robić czegoś wbrew woli moim poprzednikom. Kodeks mówi…
– Kodeks mówi, że należy mi się tytuł! – Nie wytrzymałem.
Dashi popatrzył na mnie smutnie. Tylko tyle potrafił. Ten, którego nazywałem przyjacielem wybrał wierność wobec Xiaolin, bo było to dla niego ważniejsze, niż to, jak ja się poczuje. A czułem się,  jakbym miał oszaleć przez walkę z płaczem, który powracał z siłą sztormu. Myśl, że wszystko, do czego dążyłem przez ten czas, rzecz, dla której znosiłem krzywdy, cierpienia i upokorzenia, nagroda za moje wysiłki, na końcu mej drogi się rozpłynęły. Los mnie wykiwał, a przepowiednie Guana, że nigdy niczego nie osiągnę, stały się tak prawdziwe, że bolesne jak pierwsza doznana krzywda w Xiaolinie – popieprzony rytuał obrzezania, który zniosłem na marne.
Do pomieszczenia, w którym zbierałem swoje smutki, próbując się podźwignąć, nie dać się jak zwykle złamać, wkroczył Guan.
– Chyba odkryłem moją drogę nieśmiertelności! Wiem, co muszę robić… – urwał, bo Dashi posłał mu znaczące spojrzenie, że lepiej będzie, jeśli zamilknie.
A gówno, nic mu to nie da.
Spojrzałem na niego z żądzą mordą, która rozsadzała mi pierś. Jakim prawem on ingerował w moją drogę życiową?

– Nienawidzę cię – wyszeptałem na tyle głośno, by zwrócić na siebie uwagi ich oboje.
Guan utkwił we mnie swój wzrok. Zdawał się niczego nie domyślać, szykował się pewnie zgrywać niewinnego. Dureń.
– ZABIJĘ CIĘ! – wykrzyczałem.
W przeciągu sekundy znalazłem się z Guanem na ziemi. Rażony piorunem wściekłości i niewysłowionej wręcz żądzy zacząłem go tłuc ja worek albo manekin, czekając, aż wyrżnę w nim pięściami dziurę, aż z dziur wyleci brunatna posoka, aż poczuję krew na własnych knykciach, choćbym miał roztrzaskać pięść o ziemię po zmasakrowaniu mu twarzy. Gdzieś tam z tyłu wołał mnie przytłumiony głos Dashiego, nawołujący do opamiętania. Ale ja nie widziałem sensu w tym, by się opamiętywać. Nic już nie miało sensu, skoro mój cel nigdy nie istniał. Po co obierać sobie następne, skoro nawet życiowy trud może zostać odrzucony? Nie było już więc miejsca na cel, czy rozsądek. Pozostały uczucia, istna nienawiść hodowana latami, która wybuchła jak wulkan podczas erupcji, gotowy zniszczyć wszystko wokół.
A Guan się nie bronił. Próbował wybełkotać, że mu przykro, ale te przeprosiny, które wziąłem za fałszywe, tylko bardziej mnie rozjuszyły. Przeobraziłem w opętaną szaleństwem bestię. I dobrze mi z tym było.
Nienawidziłem go całym sercem, bo odebrał mi to, co liczyło się dla mnie przez całe te ciężkie i nędzne życie w klasztorze Xiaolin, naszpikowane bólem, którego miałem nigdy nie zapomnieć. Na co mi taka pamięć?
Uczono mnie, że nienawiść przemija, jak każde uczucie, dlatego nie warto zbyt mocno związywać się z jakimkolwiek uczuciem. Ja jednak nie przestałem nienawidzić Xiaolin, a potem nienawidziłem go już tylko mocniej, wiecznie. Dzień po tym, jak zawalił mi się świat, pognałem do lasu kierowany przez zaślepiającą nienawiść, w którym parę tygodni wcześniej spotkałem gadającą fasolę. Wziąłem ją za szurniętą, a jednak przewidziała lepiej moją przyszłość, niż zwykły to robić taoistyczni wróżbici. I tak nie miałem nic do stracenia. Pragnąłem zaś zbyt wiele.


– Zaklinam cię! Musisz mi uwierzyć! Zrobiłem wszystko, co mogłem, ale to, co żądałaś, było nie do osiągnięcia! – wołał generał Shuzu na kolanach.
Kimiko trzymała twarz zwróconą do niego profilem. Udawała, że słucha. To akurat nauczyłem się w nie rozpoznawać i wiedziałem, że jej myśli nie krążą już wokół niczego innego, jak chęci wymierzenia kary człowiekowi, który ją zawiódł. Rozumiałem to. Mnie tak samo rozpierała furia, kiedy żołnierze przychodzili do mnie i mówili, że nie dali sobie z czymś rady, na przykład z jakąś bandą dzieciaków, a wszakże byli nieśmiertelni i mieli po kilkaset lat… Brzmiało to nad wyraz niedorzecznie i śmiesznie, pewnie tak samo odbierała słowa generała cesarzowa.
– Dałam ci prostą misję do wykonania. Chciałam, żebyś wygrał dla mnie bitwę. A ty ją przegrałeś… W dodatku na terenie Japonii, którą ledwo odzyskałam… Nie mogę sobie pozwolić na takie niekompetencje w mojej armii. Na takie porażki.
Maszerowała wolno i sztywno wzdłuż tronu, w tę i z powrotem, nie pokonując zbyt wielkich odległości. Ja stałem nieopodal przy oknie. Spostrzegłem, że kurczowo zaciska dłonie, które trzęsły się jej jak w chorobie.
– Wasza Wysokość… Miałem zbyt mało wojowników. Jakże miałem wygrać z wrogiem?
– Nie będę już tego słuchać. Świat nie może widzieć, że bogini się w czymś nie powodzi. Twoja klęska wystarczająco osłabiła mój i wizerunek. Karą za to będzie śmierć przez ścięcie.
Zdecydowanie zbyt często skazywała ludzi na śmierć. Pomyślałem, czy by nie udzielić jej złotej rady i namówić do zmiany decyzji.
– Co? – wyprzedził mnie generał Shuzu. – Za co ta śmierć? Za to, że poległem na samobójczej misji? Apelowałem o więcej żołnierzy, słałem mnóstwo listów do ciebie z prośbami o posiłki, tłumaczyłem, jak wygląda sytuacja. Twoi żołnierze poczuli się opuszczeni przez ciebie. Odmówiłaś nam pomocy! Miałaś nas gdzieś, woląc zadawać się z tymi swoimi politykami, podczas gdy oni za ciebie umierali.
Popatrzyłem na Kimiko. Nie znałem tej wersji wydarzeń. Zachowała dostojną postawę i spokój, aczkolwiek generał swoim tonem umniejszał jej dumie. Miała wszelkie prawo się zezłościć, ale wolała udowodnić mi za wszelką cenę, że panuje nad sobą. Jednakże przez to, że skupiała się tak na swoich emocjach, umysł nie mógł odegrać właściwej roli, przez co nie znajdywała powodów, dla których w sumie mogłaby oszczędzić podwładnego. Lub też powinna.
– Ty uszedłeś z życiem, to mi wystarcza, by wiedzieć, że jesteś tchórzem i kłamcą – oznajmiła. – Cały świat będzie mój, choćbym musiała poświęcić wszystkich żołnierzy.
Powiało grozą.
– Jesteś szalona! – nie wytrzymał generał.
Wówczas Kimiko otworzyła szerzej oczy, spinając się cała.
– Co ty powiedziałeś?! – zawołała. – Co on powiedział! – Popatrzyła na mnie. – Jak śmiałeś, człowieku! Jestem twoją panią! – krzyknęła na generała, po czym wydała mi rozkaz. – Zabij go!
Drgnąłem tylko, ale nie postąpiłem krok naprzód, bo doznałem licznych wahań. Generał Shuzu zaś wstał z kolan i zrównał się z kobietą, której przysięgał lojalność. Niczego się nie bał. Uważał bowiem, że dobrze robi, mszcząc się za to, że został zdradzony przez swoją władczynię, która miała z rozsądkiem rozporządzać życiem jego i jego żołnierzy.
– Nie mogę – odparłem z trudem, na co Kimiko oderwała się od tronu.
– Zabij go natychmiast! Rozkazuje ci! – wrzeszczała na całe gardło, wabiąc do siebie zainteresowanych hałasem strażników. Jej biały palec zakończony czerwonym paznokciem surowo piętnował postać nieustraszonego generała.
– Nie licząc mnie, to twój ostatni generał… – podsunąłem wyjaśnieniem, spodziewając się jednak tego, że i tak będę zmuszony wykonać rozkaz, któremu nie mogłem się dłużej przeciwstawiać.
– ZABIJ! On mnie znieważył!
Kimiko nie wytrzymała. Cień kpiarskiej zuchwałości, który przetoczył się przez twarz generał, sprawił, że puściła w sobie wszelkie hamulce i wyczarowała ogień u stóp mężczyzny. Płomienie wzniosły się i okalały go całego. Dopiero wtedy zaczął się bać, krzyczeć, biegać jak opętany. Płonął żywcem pod spojrzeniem cesarzowej, której to cierpienie przynosiło przerażającą ulgę. Niby wytłumaczenie dla jej postawy było jasne – człowiek zły ma w sobie mordercę, jednakże nie oznaczało to, aby być kompletnym idiotą, a w takiej sytuacji, jak ta, zastanowiłbym się tylko na zastosowaniu kary krótkiej, swoistego upomnienia serią batów, darując jednak życie generałowi, gdybym wiedział, jakie mogą być tego skutki. Kimiko nie myślała o konsekwencjach. Zależało jej już tylko na tym, aby odczuwać głęboką ulgę, która jak orgazm koiła całe jej ciało, każąc kogoś, kto ją zniesławił.
Byłem po kryjomu wdzięczny za okoliczności łagodzące i brak konieczności brukania sobie dłoni jego krwią. Cesarzowa siadła na tronie. Jeszcze przez chwilę trzymała ją satysfakcja, lecz po tym ogarnął ją płacz. Zaczęła ciężko szlochać, kryjąc twarz w dłoniach. Poskąpiłem sobie analizy tego, co może teraz w niej zachodzić, stwierdziłem, że dam jej samotność i może ona pomoże jej lepiej od moich słów dojść do siebie.
Zajrzałem do niej po paru godzinach. Pozostała w sali tronowej, z której zdołano zabrać szczątki generała, nim pomieszczenie zalało morze ognia. Z przerażeniem zobaczyłem to piekło, które powstało z jej woli w pałacu. Nie mogłem przekroczyć drzwi, by nie wejść w ogień, który licznymi płotami tworzył labirynt z wąskim przejściem do cesarzowej, która siedziała na podłodze, wpatrując się w okno z melancholią, za którym nie było nic poza pustką. Ubrana w czerwoną szatę wystawiła gołe nogi na widok. Rozpuszczone włosy układały się na niej w nieładzie. Nie odzywała się, jedynie ogień grał swoją szumiącą muzykę, jak las podczas wiatru. Swoje smutki próbował utopić w alkoholu z sokiem malinowym, po który sięgała po raz częściej, i który w trosce starałem się jej ograniczać, tak samo tabletki, które w przedawkowaniu mogłyby jej srodze zaszkodzić.


Od czasu próby przeprowadzenia z Kimiko medytacji, zacząłem jeszcze gorzej sypiać. Miałem sny cienkie jak nić, a słuch stał się bardziej wyczulony na każdy szmer. Rosła we mnie skłonność do frustracji. Nowy porządek zamiast być mi bliższy po upływie czasu doskwierał niezmiennie tak jak na początku. Za dnia chodziłem jeszcze bardziej zły, niż byłem zazwyczaj. Mój Instynkt Tygrysa nigdy nie mógł odpocząć, lecz jak się okazało, działał też z oddziaływania wpisanej we mnie nieśmiertelności, która nie dopuszczała takiej możliwości, by stała mi się jakakolwiek krzywd; gotowa była mnie zbudzić choćby ze śpiączki, gdyby nocą pojawiło się w sypialni zagrożenie. I tak też uczyniła w dniu, w którym w pałacu pojawili się pierwsi, niespotykani nigdy dotąd skrytobójcy.
Nie wiedziałem jeszcze, co się dzieje, gdy otworzyłem oczy, a wszelkie zmęczenie i ochota, by poleżeć przeminęły, jakby były chwilowym złudzeniem. Nie usłyszałem też żadnego szmeru, lecz skoro Instynkt mnie zbudził, to coś się musiało dziać.
Odkleiłem się od śpiącej jak niemowlę Kimiko – a spała wreszcie twardym snem, o co zwykłem się wszakże modlić – i wstałem, żeby sprawdzić, czy coś się aby nie dzieje. Naciągnąwszy na siebie spodnie, przeszedłem się parę razy po skąpanej w mroku sypialni, sprawdzając dwa razy każdy jej kąt. Królowała zasadnicza pustka, nie licząc mnie i utkwionej w bezruchu cesarzowej, łaskawie odseparowanej od szaleństwa. Wyszedłem na otwarty balkon, z którego dochodziło orzeźwiające powietrze, ale i tam nie znalazłem niczego niepokojącego. Pooddychałem nocą przez chwilę. Zapachy ogrodów docierały aż tutaj, by zdrowo koić nerwy. Jednak ta potencjalna cisza i spokój gryzła się z głosem mojego Instynktu, toteż nie wróciłem do łóżka, niesiony namową sprawdzenia jeszcze korytarzy.
Komnata sypialniana dzieliła się półmetrowym murem prutymi kolumnami i zasłonami na dwa pomieszczenia; w jednej stało okrągłe łoże wzniesione na kamiennych dwóch stopniach, w drugiej pozostawały pufy, poduszki, stoliki na herbatę i przejście do wydzielonej garderoby, jakiej ogromna zawartość mogłaby przyodziać mieszkańców całych Chin. Przemknęła mi myśl, by zapalić którąś ze świec wieńczących wysokie łodygi z czarnego tworu, ale odwiódł mnie od tego nagły szelest, jakby ubrania na czyim ciele. I bynajmniej nie pochodziło ode mnie, czy od przewracającej się na drugi bok cesarzowej.
Przyległem bardziej do cieni i ukryłem się, wyczekując powtórzenia się dziwnego zjawiska. Nie zawiodłem się, bo po chwili doszły mnie kolejne szmery i delikatne, prawie że niesłyszalne kroki. Ktoś się skradał. Nieproszony, pojedynczy gość właził do komnat władcy, w moim pałacu…
Gniew rósł we mnie z sekundy na sekundę, gdy wzrastała we mnie pewność, że nie jestem sam. Miałem ochotę jak zwierz wyskoczyć z ukrycia i powalić tego kogoś, nie bacząc na brak informacji co do jego tożsamości. Rozsądek zdołał jednak ostudzić nieco mój zamiar, bym poczekał, aż delikwent bardziej ujawni swoją postać, przechodząc do drugiej części pokoju, w której dominował lżejszy mrok, jako że od balkonu docierał blask gwieździstej nocy. Ryzykowałem. Ale wystarczyła sekunda i przekonałem się, że to na pewno nie żadna służba zagląda w trosce do swej pani. Kimkolwiek ten ktoś był, szedł po głowę cesarzowej.
Nim zabójca postawił kolejny krok, rzuciłem się na niego i powaliłem bez trudu na ziemie. Nie zdołał zareagować, nawet pisnąć, bo zacisnąłem w porę dłoń na jego usta. Czy też w miejscu, w którym powinien je mieć, bo twarz miał zamaskowaną. Cały ubrany był w czarną pidżamę jak na modłę tych japońskich dachowców z katanami na plecach.
Szubrawiec spróbował się wyrwać, wiercił się i próbował wybełkotać groźbę. Skrępowałem mu chwytem rąk i nóg wszystkie kończyny, pilnując, by nie sięgnął sztyletu, który wypadł mu z dłoni. Szybko zerknąłem na Kimiko, by sprawdzić, czy to obezwładnienie przeciwnika nie zakłóciło jej snu. Odetchnąłem z ulgą, orientując się, że nie.
– Obudzisz ją, to ci kurwa skręcę kark – syknął w szepcie.
Facet – a przynajmniej tak zakładałem, że to facet – poruszył się znów, chcąc się wyswobodzić za wszelką cenę.
– Ilu z tobą jest?
Ze szpary wyciętej w czarnej masce na oczy posłał mi szkalujące spojrzenie.
– Masz dwie sekundy, żeby się namyślić nad współpracą. Zapytam cię ponownie na zewnątrz.
Resztę planu, w której miał zginąć bezboleśnie przy udzieleniu słusznej odpowiedzi, lub w męczarniach w udzielaniu niesłusznej odpowiedzi, zachowałem dla siebie. Wstałem i podciągnąłem go z ziemi. Trzymając go za wykręcone dłonie jedną ręką, zaś drugą grożąc mu, przystawionym do szyi jego sztyletem, opuściliśmy sypialnię cesarzowej. Wychodząc towarzyszyły mi wszystkie wyczulone zmysły, żebym był w pełnej gotowości na ewentualny atak za strony innych nieproszonych gości. Ale zastał mnie przyjemny widok, bo tuż pod drzwiami niewielkimi posiłkami zajęli się koci wojownicy. Wśród nich był Jebak, który przejął ode mnie jeńca.
– Wybacz nam, nie mamy pojęcia, jak oni zdołali dostrzec aż tutaj! – zaapelował nazbyt głośno, więc posłałem mu odpowiedni znak, by zszedł pół tonu niżej.
Powlokłem wzrokiem po ciałach unieszkodliwionych intruzów– czyli zabitych, jak przystało na nagle lub w ostatniej chwili interweniujących strażników. Było ich z dziesięciu.
– Chłopaki z piętra niżej dali nam sygnał, że jacyś durnie dostali się do pałacu. Widać wartownicy przy Wejściu Głównym zaspali, debile – ciągnął Jebak ściszonym głosem, jak nakazałem. – To jakiś klan ninja wynajęty z Japonii, umieli się dobrze kamuflować, ale w Harold ich dojrzał i w żeśmy ich powstrzymali przed wejściem. Przynajmniej większość… – Spojrzał z niepokojem na schwytanego żywcem niedobitka.
– Mają tupet – skwitowałem, po czym gniewnie chwyciłem skrytobójcę za jego maskę i ściągnąłem mu ją.
Wówczas zamarłem, bo zobaczyłem ducha. Ujrzałem twarz tego brazylijskiego psa, jak on miał na imię…
A tak.

Pierdolony Pedrosa. 

3 comments:

  1. Eeee.... Co? Xd Myślałam, że Pedziak nie żyje. Xd

    A tak poza tym: kocham!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Chase też tak myślał i się zapyta Kimi co to ma do cholery znaczyć. xd Zostawia jakiegoś srochanka przy życiu. xd
      Kochasz? Fajnie :x

      Delete
  2. Najdroższa Kimiko, słuchaj ty Chase'a, bo źle skończysz. Chase oparł się szaleństwu władzy i siły, i zajebiaszczości... no więc oparł się, więc oddychaj zdrowo i pozwól mu się prowadzić, a kiedy spyta się, czemu nie załatwiłaś Sraika, nie kłam! I nie pal mu domu. I nie pozbywaj się swoich biednych generałów. Kochaj się z Chase'em, daj mu ciepła posadkę cesarza, obłóż ściany w sypialni korkami, co by jęków waszych rozkosznych nie było słychać i żeby kotki nie kusić na dotykanie się w ich akompaniamencie. xD
    Sis, ślicznie. Jak zawsze nie zawodzisz. Super się czytało i dużo emocji, od wkurfu, przez podjarkę, a ostatecznie wkurfo-wtf'u.
    Głupi Guan. Będę pamiętać o jego wredocie, pisząc Trofeum Księciunia, oj będę.
    Weny! :D
    PS: Wynik Chamiko challengu: 2:1 wciąż dla mnie xD

    ReplyDelete