Thursday, June 8, 2017

Kontrakt



Oneshot jest połączeniem moich dwóch snów, więc nie odpowiadam za jego logikę.

Przytłumione świetlne rozbłyski podkreślały kontrast obsydianowego stołu w stosunku do arkuszy papieru jako granicy między nami. Czerń i biel. Widmowy poblask, nieskazitelna czystość marmuru, niepasujący do całości gorąc. On i ja. Ta scena wyryje się w duszy wielkimi literami.
Wypuściłam powietrze spomiędzy ściśniętych zębów.
Na brodę Dashiego, on przez pół godziny mrugnął może ze dwa razy!
Przyzwyczaiłam się do skrzypiącej stalówki, czy też do monotonnego stukania palcami o klawiaturę komputera. I właśnie dlatego, wbrew staraniom panowania nad każdym nerwem ciała, ono nieposłusznie wzdrygało się, kiedy mąciłam tusz pędzelkiem.
Muszę przywyknąć do zmian.
Moje imię i nazwisko tuż pod jego podpisem, czyli niesmaczny żart, spełnienie złych snów. Mokre ciamcianie, chlapcianie, szuranie. Raz-dwa. Życie podobne do kamyków obracanych w kalejdoskopie. Kolorowe konfiguracje odbite w szkle, obserwowane przez małą dziurkę oczami ludzi śmiejących się jak głupcy do sera. Super sprawa, kamyczki grzechoczą, figury się zmieniają. Jednak to samo życie obraca się o sto dwadzieścia stopni i sprawa przestaje być super. Gasną uśmiechy, znika durnowaty blask w oczach.
Na dusze przodków, czemu on milczy i czemu ja nic nie mówię, tylko kręcę tym pędzelkiem jak owca prowadzona na rzeź?
Kamienna twarz, czujny wzrok, nowe wrażenia – oto moja codzienność na kolejne dwa lata, dopóki nie wygaśnie kontrakt. Dobrze, spiszę się na medal. Potraktuję sytuację jak każdy inny pojedynek. Nie dam mu powodów do odstąpienia od naszej umowy. Kilka razy w przeszłości studiowałam stare książki o chińskich dziewojkach. Wiedziałam, co należało do ich obowiązków, zaczynając na ustawicznej powściągliwości, kończąc na mieleniu śmierdzących ziółek. Ale ilekroć przypominałam sobie te nauki, ziębły mi ręce i stopy, bo przecież teoria zawsze, z a w s z e, odbiega od praktyki.
Zerknęłam na paznokcie rąk – oczywiście zsiniały od przechodzącego mnie na wskroś wewnętrznego mrozu.
W ramach pocieszenia gratulowałam sobie rozumu górującego nad całą resztą. Żaden facet się do mnie nie dobrał, a przynajmniej nie tak wcześnie jak do dziewięćdziesięciu procent niuń w moim wieku wedle wymogów i mody z kolorowych pisemek dla nastolatek. Chwalcie klasztor! Bo choć uważałam się za dziewczynę o wielu atutach – nie przypalam naleśników, ha! – tym jednym jedynym wpasowywałam się w gusta tak dojrzewających byczków, jak i podstarzałych panów. Podejdę do zadania z zimną perfekcją, ale – noż kurde – dlaczego t e go o okazu nie dało się nigdzie przyporządkować ani właściwie skatalogować? Czego pragnie książę Heylin? W tym miejscu zapadała czarna kurtyna, ponieważ brakowało mi wyobraźni co do tej kwestii.
– Zechcesz przeczytać sobie raz jeszcze warunki kontraktu na wypadek jakichś niejasności? – Udawał uprzejmego.
– Strata czasu. Oboje wiemy, co on zawiera, prawda? Wywiąż się ze swojej części umowy, ja wywiążę się ze swojej.
Nie posłał mi nawet uśmiechu.
– Nie spieszy mi się.
– Ale mnie tak – wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
A jednak nie jest robotem – drgnęły mu wargi, a to już coś.
– Nie da się ukryć. Jeśli chodzi o mnie, przekazałem telepatycznie rozkazy kotom. Sądzę, że twój mały problem rozwiąże się jeszcze przed zachodem słońca, a na razie... – zwiesił głos, by ująć moją wciąż dzierżącą pędzel dłoń. Nie oponowałam. – Chcę się przekonać, ile warte jest słowo wojowniczki Xiaolin i czy będzie ona w stanie uczynić z deklaracji rzeczywistość?
Nabrałam więcej powietrza, powstrzymując się przed ucieczką wzrokiem gdzieś w bok.
– Zobaczymy, na ile dasz mi się zadowolić, Chase Young.
Nie mrugając, przytknął moje zziębnięte palce do swoich ciepłych warg.
– Wykrętna odpowiedź, mały smoku ognia.
Bawił się jak mysz z kotem. Ledwo znosiłam ostrze jego kpiny wymierzone prosto w mnisie wartości. W uszach wybrzmiewał głos Omiego: „Honor odróżnia nas od zła”. Trzykrotnie przełknęłam ślinę.
– Zatem obyś wykazała się większym ogniem niż chłodem, jakim się teraz popisujesz, a wtedy razem sięgniemy raju.
Wypowiedział ostatnie słowo, po czym rozpłynął się, zabierając jeden z egzemplarzy kontraktu.

***

Woda szumiała w rurach, wcale nie kojąc nerwów wyczerpanych godzinnymi negocjacjami. Szum przywodził skojarzenie wodnego zegara. Odliczałam minuty. Strumień pod wysokim ciśnieniem rozpryskiwał się o porcelanową umywalkę. Stojąc obok wysokiego, sięgającego podłogi i sufitu lustra, operowałam szczoteczką w myśl jednej ze swoich mantr: „Co by się nie działo, w pierwszej kolejności dbaj o zęby”. Powtarzanie tych słów w zamierzeniu miało zagłuszyć wszystko inne, ale wystarczył krótki rzut na czerwone fatałaszki przewieszone przez oparcie wiklinowego fotela, aby odczuć pięść uderzającą w żołądek. Skupiałam uwagę na zagranicznych odżywkach poukładanych równiutko na szklanej półce. Przypomniały mi się opinie na różnych forach o kosmetykach. Kręgi japońskich konsultantek szczególną estymą otaczały produkty z Europy.
Sprawdzała się stara prawda: zaśmiecanie umysłu czymś prozaicznym zawsze jest łatwiejsze niż stawieniu czoła realnym zagrożeniom.
– Nalegam, abyście wyszły – odezwałam się wreszcie, odwracając się do gotowych do rozkazów sług.
– Przyszłyśmy pomóc – upierały się.
Nie zadałam sobie trudu skomentowania ich pokory, zadając sobie sprawę, że ich obecność stanowi składnik rytuału hipokryzji. Chociaż ja i ich pan przysięgliśmy sobie miłość, nie należało mnie stawiać w roli narzeczonej czy kogoś takiego. Patrzyłam na wianuszek służek ze zmęczeniem; oczy bolały od grobowego, niebieskiego światła sączącego się z każdej szpary jak macki morskiego potwora. Lwia zmarszczka naznaczyła mi czoło między świeżo wyskubanymi brwiami.
– Nie potrzebuję was – odparłam bezlitośnie, nie podnosząc przy tym głosu ani na jotę. – Wiem, czego wasz pan żąda i umiem mu to dać oraz się przygotować. W waszej gestii leży wyłącznie zadbanie o ładny serwis.
Wciąż stały jak kołki, ignorując moje rozkazy. Też mi służba. Przestałam zwracać na nie uwagę, wracając do polerowania paznokci u nóg. Potem znów bardzo dokładnie wtarłam w skórę olejek. Moje spojrzenia na króciutki moment spełzło na udach. Wtem coś we mnie pękło. Widok białych, miękkich, wygolonych nóg nigdy nie dotkniętych przez pierwszego lepszego napaleńca. Drgnęła mi ręka, kiedy potok obaw porwał mnie i wyrzucił przez tamy, które sobie wybudowałam, wprost ku wielkim literom: ZAWARŁAM KONTRAKT Z CHASE YOUNGIEM. Nagle pożałowałam, że nie wliczyłam się do zacnego grona tych dziewięćdziesięciu procent laseczek, którym przeznaczenie zgotowało najbanalniejszy sposób na zerwanie z czystością: spontanicznie, pod nieobecność starych, na wąskiej kanapie, przy oglądaniu powtórek Dragon Ball. Takim to dobrze, wszystko przebiega szybko, bezbolesnie i do zapomnienia. Przełknęłam gorzką żółć podchodzącą pod gardło, obmyłam twarz zimną wodą.
A teraz weź się w garść, suko! Boisz się tego, czego nie znasz. Nie zaprzeczysz temu, ale znajdź plusy sytuacji…
Plusy – moje powody, wyższe dobro, tak, to wystarczy. Ofiara z przyjaźni. Zresztą taka forma oczekiwania też ma pozytywne strony. Ceremonia wprowadzenia do komnaty, w jakiej kobieta wie lub przypuszcza, czego dokona, nosi posmak pewnej perwersji, gdzie mężczyzna wchodzi w rolę bohatera przeprowadzającego oblubienicę na nowe poziomy doświadczenia, czy jak to się określa.
Wybuchłam histerycznym śmiechem, żeby w dwie sekundy później zwymiotować lepką, żółtą cieczą. Siedziałam na wykafelkowanej podłodze, w perfumowanych oparach wilgoci, odganiając przewrażliwione kobiety. Bo niby pierwszy raz są świadkiem dziewiczej paniki, tak. Potrzebowałam kilku minut na dłuższe oddechy, spuściłam w toalecie swą dumę, wstając na równe nogi i chwyciłam za szczoteczkę do zębów.
„Co by się nie działo, w pierwszej kolejności dbaj o zęby”.

***

Stało się – oto siedzę, trzymając dość wątpliwy pion.
– Nie boję się – wmawiałam podświadomości. – Strach to oznaka słabych, nie umiejących nad nim zapanować.
Ja potrafię, wyszeptałam już w duszy. W gruncie rzeczy radzę sobie tak nieźle, jak Chase’owi wychodzi czarowanie ludzi manipulacjami. Musiałam się przemóc, by nazwać i poprawnie ocenić własne uczucia. Skierowałam percepcję w głąb mego serca, rozbierając na czynniki pierwsze emocje w nim skryte. Cóż, skłamałabym, twierdząc, że jakoś wybitnie brzydzi mnie pomysł pieprzenia się z nim. Tak jak książę Heylinu znajduje przedsmak satysfakcji w ceremonii grania na cierpliwości świeżo upieczonej konkubiny, tak mnie niebezpiecznym podnieceniem napawała wizja zawiązania intymnej relacji z wrogiem. Mieliśmy razem obrać i kosztować zakazany owoc naszego konkubinatu usankcjonowany ratowaniam ważnych dla mnie osób. Ja i on, mój bad boy.
Te przeklęte filmy dla nastolatek zryły mi banie.
Płomień świecy skurczył się, a zaraz potem gwałtownie wydłużył. Mrówki obsiadły moje stopy. Instynkt bił na alarm; do komnaty zakradł się ktoś z nabrzmiałym do bólu członkiem.
– Chcesz usłyszeć najświeższe wieści z frontu? – wyszeptał, skradając pocałunek na mych obnażonych plecach. Za bardzo martwiłam się wiadomościami, jakie miał mi przekazać, żeby przejmować się sercem bijącym mocniej od dotyku brwi i rzęs wojownika drażniących wyczulony na dotyk grzbiet.
– Mów.
– Żyją i wciąż walczą.
– A coś więcej?
– Nic, poza tym, że ich uratowałaś. Winszuję.
Uratowałaś, to stwierdzenie mnie wzruszyło, na tyle, że dopiero po chwili dostrzegłam gorącą wilgoć kapiącą mi spod powiek. Nacisnął palcami mój policzek, bym zwróciła ku niemu głowę. Przechwycił łzy ustami. Winszuję, powiedział nie bez cienia uszczypliwości w głosie. Sięgnęłam ręką za siebie, miękkimi ruchami gładząc mu włosy. Przycisnęłam ją do karku, wyrażając zgodę na wszystko, co książę będzie mi robił. Przecież w gruncie rzeczy nie obrzydzał mnie, wbrew przeciwnie, pociągał. Tylko Heylin i Xiaolin stały między nami. Żałowałam mimo to, że nasza zażyłość powstanie na gruncie walki i wyborów złej lub dobrej strony, nie zwyczajnego, może banalnego i bez fajerwerków – ale jednak – zainteresowania, które wraz z mijającymi dniami, miesiącami albo latami ewoluują w chemię, a nawet w prawdziwą miłość.
– Dlaczego konkubinat? – spytałam, leżąc pod nim, z oczami wbitymi w kaseton z laki.
Nie musiałam mówić niczego więcej. Do zalet Chase’a zaliczało się, że potrafił się domyślać szybciej niż inni samcy.
– Szczerze, nie potrzebowałem od ciebie poświęcenia, pomógłbym ci bezinteresownie,
Czy jego umiejętność zaskakiwania także mogłam włączyć w krąg zalet? Jeśli owo zaskakiwanie nie szło w parze z bezczelnością, to owszem. Ale teraz mnie wkurwił.
– Rozumiem, że nie zdradziłeś mi tego parę godzin wcześniej, bo nie chciałeś stracić okazji do zabawy moim kosztem, tak? – prychnęłam.
Podniósł się nieco w górę. Nie patrzyłam na dolne partie jego brzucha. Wystarczyło, że czułam czubek członka stykającego się z moją odsłoniętą łechtaczką. Niemal wyobrażałam sobie jak zaróżowiony pączek – różowy pączek, dobre – pęcznieje jakby wbrew memu zdenerwowaniu. Irytacja na Chase’a pompowała go zaiste dziwną werwą.
– Wtedy przeprowadzilibyśmy rzecz nudno, nie sądzisz? Chciałem wystawić na próbę twoją godność, ale raczej po to, aby przekonać się, jak cenni są twoi przyjaciele. Nie spodziewałem się, że wyrazisz zgodę, czy też zaczniesz się zastanawiać nad moją propozycją. Nachylił się nade mną, zakrywając oczy dłonią. W ciemności bodźce z zewnątrz mocniej nacierały na zmysły dotyku, smaku i węchu. Gdyby kazano mi przyrównać księcia do potrawy, zgłupiałabym, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Dla niego samego natomiast mogłam być słodką brzoskwinką. Owocem dojrzałym już na tyle, by zerwać go z drzewa i wgryźć mu się w miąższ, wylizać pestkę i wypluć.
– Widzisz już ich cenę? – warknęłam, nieudolnie maskując podniecenie.
Nakręcałam się swoimi porównaniami, on natomiast odpowiedział bezwstydnie szczerze:
– Widzę coś lepszego, coś co widziałem już przedtem: nawet powieka ci nie drgnęła, co oznacza, że albo natura nie poskąpiła ci stalowych nerwów, albo perspektywa bycia moją konkubiną nie wydała ci się aż tak zła.
Przyssał się do mnie jak niemowlę do cycka matki. W tym miejscu muszę powiedzieć, że widziałam więcej o seksie niż niejedna dziwka, tak uważałam. Moja wiedza odnośnie tematu, uzupełniana literaturą, podręcznikami, sztuką i obserwacją zmian w zachowaniu osób będących przed i po dawała niejaką świadomość, określony obraz wydarzeń, wybornie schematyczne malowidło miłości. Mimo to nie rozumiałam, dlaczego ostatnie słowa mojego wroga ujęte sprośnym tonem sprawiły, że nogi wystrzeliły mi do góry i zawiązały się stopami nad jego lędźwiami. Otwarta i mokra pod wpływem pieszczot jego dłoni, czekałam na to, co miało nadejść niczym rozbitek wypatrujący żagli statku.
– A czy perspektywa obcowania ze mną nie wydaje ci się paskudna? – wyszeptałam, wiedząc wszak, że my wrogowie, nie kochankowie.
– Zadajesz takie pytanie facetowi z erekcją kłującą cię w brzuch?
Niewiele myśląc, wczepiłam mu się w usta, pozwalając zmysłowi smaku zaczerpnąć więcej doznań. Wojownik, który miał mnie ujeżdżać, wiedział, o czym marzyłam; o jego palcach bawiących się z różanym pączkiem. Chase Young wszystko wie.
Nasze idealnie dopasowane ciała wymalowały w mym sercu nowy obraz miłości; dziwny i dziki, tak, to dobre określenie. A przez to oszałamiający, a z pewnością nienudny. Faktycznie, praktyka z a w s z e obiegała od teorii.
Półmrok, a na nim gwiazdy. My byliśmy gwiazdami; zapalaliśmy się, wznosząc się ku tym niebiańskim istotom – stając się jednymi z nich – a wybuchając, spadaliśmy w ziemską otchłań. Cykl życia gwiazdy odzwierciedlał pierwszą z następnych, czekających nas nocy.
***

Mój władca wciąż spał, ewentualnie udawał, bo jeśli chodzi o Chase’a, nigdy nie można być pewnym, co z nim i jak. Ja szykowałam mu herbatę. Fetyszów ciąg dalszy – ten gorzki, zielony napój świadczył o szacunku i czci, jakimi żona, ewentualnie konkubina, otacza swego pana. Służące zostawiły tu wczoraj bardzo ładny serwis, a także stos zasuszonych bądź świeżych roślinek. Osobiście sądziłam, że w przypadku Chase’a powinnam mu podgrzać Lao Mang Long, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie zdradziłby mi jej receptury, toteż uzbrojona w korzeń żeń-szeniu i płatki jaśminu musiałam jakoś sobie poradzić. Woda wrzała, a ja tymczasem wsypałam mieszankę zmielonych ziółek do porcelanowej filiżanki. Kiedy je zalałam, ich subtelny zapach rozniósł się po sypialni. Spojrzałam na księcia – w tej samej sekundzie rozchylił złote ślepia. Serce mi przyspieszyło, a przed oczami stanęły pikantne sceny. Zaróżowiona na twarzy pochwyciłam gorący napar, stanęłam przed alkową, odchyliłam ciężką zasłonę i uklękłam, podając memu seks-mentorowi napój. Przyjął go, lecz nie przestał lustrować mnie wzrokiem. Marszczył brwi, co sprowadzało mnie ku meandrom wątpliwości. Czymś go zirytowałam. Wpadłam w lekki popłoch, bo choć nie wymagano ode mnie znajomości zasad chińskiej etykiety dworskiej, tak zwyczajnie, po naszych gwiezdnych wybrykach, chciałam mu się podobać, zaś samej przedłużyć cudowne uczucie unoszenia się, zostawiania pod stopami rozterek świata. Dziewczyna, której przytrafiło się takie szczęście, życzy sobie już zawsze wynosić się do poziomu łakomej pieszczot księżniczki czy bogini. Zasmakowawszy zatem w akcie, przerażał mnie pomysł odstąpienia od kontraktu. Prawie wszystko przestałoby istnieć. Ponadto umarłabym z upokorzenia i rozgoryczenia, gdyby mój partner wyznał, że nasze zbliżenie okazało się do bani. Mieliśmy razem sięgnąć raju, tego pragnął. Zadowalać się z wzajemnością. Z markotną miną spuściłam wzrok, wlepiając go na węzeł mych szat. Wtem coś mnie ubodło. Z nozdrzy tchnęło powietrze. Powolnym ruchem rozpięłam szlafrok, obnażając w pełnym blasku świtu wyrzeźbione ciało, które napawało mnie dumą, ilekroć patrzyłam w lustro. Skóra płaskiego brzucha naciągnęła się, cipka wciąż na nowo przeżywała rozkoszne spazmy, pierś zafalowała. Śluz perlił się na świeżo penetrowanych ściankach Zaczarowanej Jaskini.
– Lubisz zwiedzać obce kraje? – Usłyszałam.
Zajrzałam mu śmiało w twarz; wreszcie malowała się na niej satysfakcja!
– Tak, Wasza Wysokość – odparłam miękko, starając się brzmieć przyjemnie i pieścić mu te spiczaste uszy. – Niestety, zawsze żałowałam, że nie zatrzymujemy się w nich na dłużej, tylko po Shen Gong Wu...
– Zmienię to. Co powiesz na podróż do Europy albo Afryki?
– Bardzo chętnie.
Nie bawiąc się już w nic, pochwycił mnie w pojęciach, bez żalu wypuszczając filiżankę na terakotową podłogę.
Aromatyczna wilgoć zalała nam łóżko.


Pierwszy raz pisałam w pierwszej osobie. To takie… inne xD Dlatego prosze o litość! A na temat dla następnego shota biorę wreszcie IW.

2 comments:

  1. Ale to czekaj, będzie druga część tego? Bo tam chyba mówiłas coś o tym, że potem ma wyjść z tej umowy pewna niespodzianka. xd
    Tak czy siak. To było ciekawe. Takie nowe, świeże. Inna ta narracja, czasem się gubiłam i nie wiedziąłam o czym Kimi pitoli, ale ogólnie ekspresja i sposób wyrażania swoich myśli, który był dośc bezprośredni, bardzo się mnie podobał. xd Śmiechłam nie raz. Cieszę się, że się siebie nie brzydzili. Mam nadzieję, ze Chase dobrze sobie pouzywął, bo Kimi widać usatysfakcjonowana. xd
    Fajnie sis, że zyjesz na tym blogu. :x
    Weny! <3

    ReplyDelete
    Replies
    1. Raczej nie będzie xd
      Czasem się gubiłaś i nie wiedziałaś, co Kimi pitoli? To źle, to bardzo źle. Zawiodłam. Hańba mi. ;C
      Ale fajnie, że się podobało. Tak, sis, żyję, ale czy Ty tu żyjesz? Chciałabym Cię raz a porządnie zawenować! xd

      Delete